Imię i nazwisko
Twój e-mail:
Treść wiadomości:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Formularz został wysłany — dziękujemy.
Proszę wypełnić wszystkie wymagane pola!

Kontakt

Kontakt

Kontakt

Szukasz moich książek?

Kliknij w logo

Szukasz moich książek?

Social media

Social media

Social media

Kliknij w logo   >>>>>>>

Dlaczego mnie po prostu nie zabije? Zastanawiałem się nad tym wiele razy, kiedy już nie miałem sił. Kiedy byłem zbyt zobojętniały, by płakać i zbyt pozbawiony złudzeń, by walczyć.

Potrzebuje mnie. To jedyne logiczne wytłumaczenie. Karmi się moim szaleństwem, rośnie jak bluszcz na pożywce z mojego strachu. Siedzę na podłodze oparty o kant łóżka. Osuszyłem już prawie całą flaszkę bez popity i z ulgą witam znajome otępienie, helikopter w głowie i flaczejące mięśnie. Jak to przyjemnie, gdy jest ci wszystko jedno. Będzie, co ma być! Dam sobie radę. Co, ja nie dam rady? Jasne, że dam, jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było.

Taaaak, pijacka faza, tu jeszcze skurczybyk nie ma wstępu. Możesz mi skoczyć, słyszysz? Twoje zdrowie, matkojebco! Biorę solidnego grzdyla. Nawet mnie tak nie pali, chyba się przyzwyczajam. Minęło już ponad trzy i pół roku, jeszcze niecałe drugie tyle i jestem wolny. Już z górki. Jeżeli wątroba wytrzyma, to dam radę.

Wzrok mi się rozdwaja. Rozglądam się po pokoju, prawie nic w nim nie zostało: meble poszły jeden po drugim na bieżące przetrwanie i „przelew”. Góra wymiętolonych ciuchów piętrzy się w kącie. Naga żarówka zwisająca z sufitu na cienkim kablu świeci mi prosto w pysk. Wszędzie na ścianach wiszą amulety.

Przyszedł i patrzy na mnie. Długi i chudy jak patyk cień, którego nie ma prawa być tam, gdzie jest, bo żarówka świeci mi w twarz, a cień mam z przodu. Sięga przeciwległej ściany tak, że patrzy na mnie z góry. Przesuwam głowę w lewo, on też. Podoba mu się to, co widzi, czy raczej jest zdegustowany?

— Widziszsz? Na balkonie chchłodzą się jeszsze takie szsztery. —  Z wywieszonym językiem macham flaszką. — Wypijesz zze mną jednego? Tyle razem żeśmy przeszszli, a ja nawet nie wiem, jak maszsz na imię. To jak, kochanieńki? Brrrudzia?

Szyba w oknie za moimi plecami pęka z trzaskiem, wraz z odłamkami szkła do środka wpada złamana gałąź. Gwizd i huk nocnej nawałnicy szaleje po pokoju, wpuszczając fale zimna i deszcz zacinający jak pociski. Przewracam się, ale udaje mi się ocalić resztkę wódki. Wtem przeczucie. Przechodzę na czworaka i naciskam klamkę drzwi balkonowych. Wyglądam na zewnątrz. Deszcz chłoszcze mnie po głowie, podkoszulek nasiąka nim w mgnieniu oka. Błyskawica rozświetla porozbijane butelki, kałużę wódki spływającą ku krawędzi balkonu i jedną, jedyną ocalałą flaszkę, którą przed upadkiem z drugiego piętra ledwie ocaliła dolna krawędź barierki. Jak to dobrze, że kupiłem zero siódemki, a nie połówki. Nawet grzmot nie jest w stanie zagłuszyć mojego śmiechu.

 

***

Budzę się tuż przed południem, jeszcze pijany. Głowa nie dokucza, ale zgaga tak. Zdejmuję podkoszulek i gacie, rzucam je na stos ubrań i idę do łazienki.

— Brrrrr! Uuuuu haaaaaa! — parskam pod prysznicem. Ciepłą wodę odcięli mi miesiąc temu. Nie ma tego złego, w mgnieniu oka trzeźwieję.

Potem do kuchni. Suchy chleb, pasztet, pomidor. Pierwsze kalorie od dwóch dni, odzwyczajony żołądek protestuje bólem, zapycham go wbrew sobie.

Wychodząc z kuchni, mijam drzwi do drugiego pokoju. Jak co dzień zatrzymuję się i zaglądam do środka wzrokiem pozbawionym złudzeń.

Cała podłoga jest wyłożona szarym papierem pakowym. Na środku, w bogato zdobionej ramie leży lustro, rozbite i pieczołowicie posklejane. Wygląda na kompletne. Trzeba podejść i kucnąć, by patrząc z bliska przekonać się, że brakuje jednego kawałka, a raczej odprysku wielkości drzazgi. Straciłem nadzieję, że uda mi się go znaleźć.

Cień towarzyszy mi cały czas. Nawet kiedy go nie ma, to wiem, że jest. Gdy byłem w towarzystwie, potrafił się schować, przyczaić. Ale to dawno i nieprawda, teraz jest tylko on i ja, nie musi się kryć.

Każdemu zdarzają się dziwne rzeczy, takie, o których opowiada potem znajomym na imprezie, wszyscy śmieją się i pięć minut później o nich zapominają. Kiedy niemal cztery lata temu takie przypadki zaczęły mnie nawiedzać codziennie, nie potrafiłem jeszcze połączyć kropek. Początkowo sam się z tego śmiałem. Z czasem, śmiech stawał się coraz bardziej sztuczny i wymuszony. Przecież wszystko ma swoje granice, nawet zbiegi okoliczności.

Czułem się jak postać w grze komputerowej: jakby cały świat kręcił się wokół mnie, dybał na moje zdrowie, piętrzył przeszkody, obracał w niwecz wszelkie wysiłki. Z tą różnicą, że postać w grze zawsze znajdowała sposób, by iść dalej i pokonać przeciwności, ja pogrążałem się w spirali niepowodzeń. Postać w grze mogła umrzeć bez konsekwencji: ja mam tylko jedno życie. Postać w grze ostatecznie naginała rzeczywistość do swoich potrzeb i osiągała cel. Na mnie otoczenie zaczęło spoglądać jak na śmierdzącego kloszarda w autobusie, aż w końcu otorbiło jak pasożyta i wydaliło poza system.

„Panie Adamiak, nie możemy dłużej przymykać oczu na to, co się dzieje. Straty materialne wielokrotnie przekraczają próg, który dopuszczamy na magazynie i dziwnym trafem, praktycznie wszystkie incydenty mają miejsce na pana zmianie. Proponujemy rozstać się za porozumieniem stron, a nie będziemy dochodzić wyrównania strat. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich”.

„Odchodzę, Łukasz. Jesteś dobrym człowiekiem, ale kiedy patrzę jak sypie ci się życie… nie chcę mieć cały czas pod górę. Musisz się ogarnąć. Żegnaj”.

„Wow, stary, ale ten świat mały! Fajnie cię widzieć. Spieszę się teraz, ale spotkamy się kiedyś na piwo, co? Zdzwonimy się, obiecuję. Tymczasem!”

Tymczasem…

Miotałem się jak ofiara wojny, próbując zbudować coś z popiołów. Tak niewiele trzeba, żeby życie się zawaliło. Miałem pracę, teraz mam długi. Nowa praca omija mnie jak zaklęta, jakbym nagle nie miał kwalifikacji nawet do rozdawania ulotek. Miałem kobietę, teraz nie byłbym w stanie poderwać żadnej choćbym chciał: ten ich pieprzony szósty zmysł. Miałem przyjaciół, teraz mam echo w mieszkaniu, które zapewne też stracę. Miałem rodziców… ich dalej mam, ale nic nie wiedzą. Muszę ich chronić. Cień nie pozwoli nikomu mieszać sobie szyków.

Miałem statek i kurs, teraz mam tratwę i sztorm.

 

***

Patrzę na swoje potrzaskane odbicie w mozaice tafli. Boże, gdybym wtedy wiedział…

 

***

Kupiłem to mieszkanie na rynku wtórnym od starej kobiety, która wyglądała jak nałogowy widz programów ezoterycznych. Setki amuletów wiszących na ścianach w sąsiednim pokoju należały do niej. Powiedziała, że są powiązane z miejscem, nie z człowiekiem i tu powinny pozostać. Wzruszyłem ramionami. Wyglądały ciekawie, więc postanowiłem ich nie zdejmować, dopóki nie zacznę gruntownego remontu. Poza tym, talizmany zawsze intrygowały dziewczyny, które tu sprowadzałem. Ostatecznie, jak widać na moim przykładzie, amulety okazały się gówno warte.

W końcu wziąłem się za sprzątanie piwnicy. Poprzednia właścicielka zostawiła po sobie straszny bajzel, stwierdziłem więc, że trzeba wymieść wszystko do czysta. Przy ścianie stał wysoki, płaski przedmiot zawinięty w szary papier, nawet go nie zauważyłem. No i niechcący, przy wynoszeniu jakiegoś rupiecia, obróciłem się niefortunnie i usłyszałem brzdęk.

Już kilka minut po tym incydencie, wielka gliniana donica spadła z regału na moją stopę. Pęknięta kość, gips, remont wstrzymany. Stłuczone lustro zostało w piwnicy. Zaczął się koszmar.

Jestem ateistą, ale po pół roku gehenny modliłem się gorliwiej niż ktokolwiek inny. Kolejne pół roku później przestałem się modlić. Jeżeli Bóg stwierdził, że zrobi ze mnie współczesnego Hioba, to niech idzie do diabła i wypłaci mu to, o co się z nim założył. Było mi wszystko jedno.

Pewnego razu pojechałem na spotkanie w sprawie pracy. Okazało się, że zostało odwołane, bo znaleźli już człowieka, ale nikt mnie nie powiadomił. Pech. Pani sekretarka przepraszała mocno, ja nawet się nie oburzyłem. Takie drobiazgi nie robiły już na mnie wrażenia. Wyszedłem z budynku, była dziesiąta rano, dwadzieścia stopni, czyste niebo, pełne słońce. Piękny początek pięknego dnia. I wtedy po raz pierwszy zobaczyłem cień.

Nigdy tak nie stoję, zawsze robię coś z rękami, to silniejsze ode mnie. Cień stał prosto, z ramionami wiszącymi wzdłuż ciała, dlatego tak zwrócił moją uwagę. Po wszystkim, co mnie spotkało, sztuczka ta wcale nie wydawała mi się nieprawdopodobna, więc po prostu obserwowałem w napięciu, co tym razem się wydarzy. W pewnym momencie, cień otworzył oczy, jakbym miał w czaszce dwie dziury o średnicy pięciozłotówki, przez które przepływało światło. Zamarłem. Po chwili, powoli, wąska szczelina światła zaczęła rozszerzać się i układać na cieniu w uśmiech. Poczułem, że moje nogi ważą tonę. Powieki ktoś mi chyba przykleił do czoła, nie mogłem przestać patrzeć. Zaraz. To nie jest uśmiech. Szczelina nie jest w tym miejscu co trzeba, tylko… na szyi. Wygląda jak przecięte gardło. Cień uniósł lewą rękę, właściwie samo przedramię, i pomachał do mnie. Nie. Nie pomachał. Uniósł drugą rękę, z wyprostowanym palcem wskazującym. Pięć plus jeden. Wtedy przypomniałem sobie, że dokładnie rok temu o tej porze stłukłem w piwnicy lustro.

Poprzednia właścicielka mieszkania przepadła jak kamień w wodę, nie odbierała telefonu, nie odpisywała na maile, nie było jej na portalach społecznościowych. Byłem tak zdesperowany, że zgłosiłem na policji lipną sprawę o oszustwo, w nadziei, że znajdą ją swoimi kanałami. Marzena Korpolewska, lat sześćdziesiąt jeden, opisałem wygląd, pokazałem umowę sprzedaży mieszkania. I co? I nic. Jakiś czas później poszedłem do proboszcza mojej parafii i opowiedziałem mu moją historię, licząc, że przydzieli mi jakiegoś egzorcystę. Okazało się niestety, że taka sprawa to za niskie progi. Dostałem za to rozkładany obrazek z przygarbionym, brodatym apostołem w czerwonej tunice, a w środku z nowenną do świętego Judy Tadeusza, patrona od spraw beznadziejnych.

Od tamtej pory minęły ponad dwa lata. Patrzę na swoje potrzaskane odbicie w mozaice tafli i mam wrażenie, jakbym postarzał się przynajmniej o dwadzieścia. Nie pytaj mnie jak wyglądam. Wyobraź sobie, że to ty.

 

***

Wychodzę z domu. Jest październik, na osiedlu półnagie drzewa kołyszą się na wilgotnym wietrze, wokół błoto, a nad głową ołowiane niebo. Trzeba załatwić szklarza, ciekaw jestem, skąd wezmę na to pieniądze. Kieruję się do supermarketu, pytam magazyniera o zużyte kartonowe pudła. Facet spogląda na mnie jak na psa z kulawą łapą i daje mi je razem z taśmą klejącą. Dzięki. Korzystając z gościnności, biorę trzy płyty styropianowe leżące w kącie. Jest lepiej niż myślałem: będzie z tego łata w wersji premium, z izolacją cieplną w komplecie.

Wracam chodnikiem do domu i dostrzegam ją. Tak po prostu. Marzena Korpolewska we własnej osobie. Stoi schowana nieco za sąsiednim blokiem i wpatruje się w moje szczerbate okno. Nie widzi mnie, musiała przyjść tu po tym, jak wyszedłem z domu. Rzucam wszystko co mam w ręku i znikam za murem, po czym zaczynam biec co sił. Mijam jeden blok, plac zabaw, potem drugi blok, trzeci, w końcu wyłaniam się za plecami nieświadomej niczego kobiety. Wyrównuję oddech i podchodzę najciszej jak mogę. Nic się nie zmieniła, najwyżej metr pięćdziesiąt wzrostu, krępa jak arbuz, a na sobie ma ten sam obszerny bordowy płaszcz, który ją dodatkowo poszerza. Z tyłu, jej głowa wygląda jak kłąb waty cukrowej przykryty kiczowatym, fioletowym kapeluszem.

— Zabawne, że wpatruje się pani w pęknięte szkło. Dokładnie o to chciałem panią zapytać.

Korpolewska zapowietrza się ze strachu. Traci równowagę, łapię ją za poły płaszcza, przywracam do pionu i puszczam. Jednak się zmieniła. Cztery lata w jej wieku to epoka. Brakuje jej kilku dodatkowych zębów, brązowe oczy rozwodniły się, a twarz pomarszczyła jak suszony owoc.

— Chłopcze, nie zachodź starej kobiety od tyłu, chcesz mnie zabić?

— A ty mnie? — Nie mam czasu bawić się w uprzejmości.

— O czym ty mówisz, człowiecze?

— O spadku, który po tobie odziedziczyłem. Cokolwiek to jest, wydostało się i wiesz o tym, inaczej nie byłoby cię tutaj.

Kobieta patrzy mi w twarz, potem taksuje wzrokiem, góra — dół. Kręci przecząco głową, sięga pod płaszcz i wyjmuje amulet: skomplikowany wzór odlany w srebrze. Pociera go nerwowo palcami.

— Sarahija saneteri, aidos eihi atteri…

— Ty to na mnie sprowadziłaś! — Chwytam ją ponownie. — Teraz mnie uwolnij!

Studzi mnie głos rozsądku. W oknach pojawiają się wyschnięte głowy seniorów, śledzą scenę z dezaprobatą.

— Idziemy do mnie — szepczę jej do ucha, trzymając mocno za ramię. — Nie próbuj krzyczeć, zatargam cię tam, choćby nie wiem co.

 

***

Wchodzimy do mieszkania, wita nas chłód i pustka. Prowadzę ją do pokoju z lustrem. Na jego widok zasłania usta pięścią, przygryza ją.

— Wielokrotnie próbowałem skończyć ze sobą, ale on mi nie pozwala — mówię. — Ratuje mnie po to, by zadać jeszcze większe cierpienie.

Korpolewska spogląda na mnie nieruchomym, błagalnym wzrokiem.

— Wybacz mi, chłopcze. Nie miałam prawa. — Odwraca wzrok. Podchodzi do krzesła stojącego w przedpokoju i siada. W milczeniu patrzy na mój cień, ni to z tęsknotą, ni to ze strachem. W końcu, nie odrywając wzroku od podłogi, odzywa się:

— Doświadczyłeś już pewnie tylu niezwykłości, że uwierzysz i w moją historię. W młodości przeklęła mnie kobieta, której zazdrościłam powodzenia w życiu. Szczegóły nie mają już żadnego znaczenia, dość powiedzieć, że zachowałam się naprawdę podle. Niestety, trafiłam na wiedźmę i przyszło mi odpokutować winę po stokroć. Od tamtej pory zaczął mi towarzyszyć demon:— Fatum. Nic więcej w moim życiu nie wydarzyło się za moją sprawą. Wszystkie powodzenia i klęski zawdzięczałam jego kaprysom, na które nie byłam w stanie wpłynąć. Stałam się bezwolną kukłą w rękach przeznaczenia. Nawet kiedy kilka lat temu udało mi się zakląć go w lustrze, nic się nie zmieniło. Nie pamiętałam już, jak korzysta się z wolności, mogłam odejść, ale nie potrafiłam. Fatum uzależnił mnie od siebie. Kiedy wystawiłam mieszkanie na sprzedaż i pojawiłeś się ty, poczułam, że to jedyna szansa, by uciec. Przekazać… — westchnęła drżąco. — Przepraszam. Przepraszam cię z całego serca, mam nadzieję, że kiedyś uda ci się mi wybaczyć. W moim wieku wybaczenie jest bardzo potrzebne.

Stoję nad nią z zaciśniętymi pięściami. Mam ochotę ją zabić. Oddycham płytko, walczę ze sobą. Nie. Cień by pewnie tego chciał.

— Co teraz? — pytam przez zaciśnięte zęby.

— Uwięziony Fatum stracił część swojej siły, którą czerpał z władzy nad człowiekiem. Teraz chce się tylko uwolnić od klątwy, która go przywiązała do mnie, a przeze mnie do ciebie. By się wzmocnić, żeruje na twoim bólu i cierpieniu, bo tak jest najszybciej. Dlatego nigdy nie zadziała na twoją korzyść.

— Nie wytrzymam tego. Jestem już strzępem człowieka, a on staje się coraz silniejszy! — prawie krzyczę. — Co się ze mną stanie?

Korpolewska spogląda na mój cień. Ten wyciąga rękę, wskazuje ją palcem. Po chwili zaczyna kołysać nim na boki. Lewo. Prawo. Kobieta ściska swój amulet tak, że bieleją jej knykcie.

— Kiedy minie siedem lat, Fatum osiągnie pełnię sił. Wtedy zabije cię i będzie wolny.

Wiedziałem. Wiedziałem, ale kiedy słyszę to z jej ust i tak nie mogę uwierzyć. Uderzam pięścią w ścianę, wyrywam włosy, powstrzymując wycie, które ściska mi płuca. Nie mogę nawet płakać, wypłakałem wszystkie łzy już dawno temu. Przekląłem też wszystko i wszystkich, nic mi nie zostało. Chodzę w kółko, walcząc ze swoim własnym ciałem. Powinienem chyba wzruszyć ramionami, przecież to oznacza, że będzie koniec. Zły, bo zły ale mimo wszystko. Ale nie chcę umierać. Jestem gotów zabić, by nie umrzeć.

— Właśnie. — Zatrzymuję się i spoglądam na kobietę. Siedzi skulona w kącie i nie odrywa wzroku od mojego cienia, mimo że ten na powrót wygląda normalnie. — Czy można zabić cień?

— Zabić nie, ale można go oślepić, by nie znalazł drogi do ciebie, ani do nikogo innego, przynajmniej dopóki ktoś znów go świadomie nie wezwie.

Zdejmuje amulet z szyi, podchodzi i zamyka mi go w dłoni.

— Lustro w twoim pokoju jest ekranem do łapania demonów. Wystarczy, że je skleisz i wypowiesz formułę „sarahija saneteri, aidos eihi atteri”, a Fatum zostanie wessany z powrotem. Zapisz sobie zaklęcie, nie możesz się pomylić.

Znajduję kawałek kartki i ołówek.

— Kiedy Fatum trafi do lustra, musisz zamalować je na czarno, a następnie zakopać w poświęconej ziemi. Czy lustro jest kompletne?

No przecież. Nie jest. Kurwa, nie jest!

— Brakuje kawałka. Drobny odprysk. Może da się bez niego?

— Dałoby się, gdybyś ty sam nie zauważał jego braku. Raz stłuczonego lustra nie da się w pełni odtworzyć. Ale jest już za późno. Sam przed sobą przyznałeś, że brakuje elementu, więc teraz, nic nie zdziałasz, dopóki go nie znajdziesz. Przykro mi, chłopcze.

Cholera, przetrzepałem piwnicę dziesiątki razy. Nie mam wyjścia, muszę próbować do skutku. W końcu mam jeszcze ponad trzy lata…

— Czas już na panią, pani Marzeno. Więcej mi pani nie pomoże.

Korpolewska spojrzała na lustro skąpane w półmroku.

— Niech Bóg ma cię w opiece, chłopcze. Kimkolwiek jest.

Wychodzimy na podwórze i idziemy w stronę przystanku autobusowego. Ku swemu zdziwieniu stwierdzam, że nikt jeszcze nie ukradł moich materiałów do załatania okna.

— Pani Marzeno, uprzedzam, że na pani tropie jest policja. Musiałem panią znaleźć, proszę mi wybaczyć. Obiecuję wycofać doniesienie.

— Haha! Nic się nie stało. Po tym wszystkim zaszyłam się w takim miejscu, że nawet sam diabeł mnie nie znajdzie. Ale będę wdzięczna, miło byłoby wyjść za drzwi nie oglądając się za siebie.

Rozmawiamy niezobowiązująco, żartując jak dwoje towarzyszy niedoli. Wiatr dalej wieje, błoto dalej błoci, ołowiane niebo jest tak samo ciężkie, a mimo to wszystko wygląda dla mnie zupełnie inaczej.
Dochodzimy do przystanku, ławka już zajęta, kilka osób stoi. Korpolewska sprawdza rozkład jazdy. Nikt nie kwapi się ustąpić jej miejsca. Polska. Wychodzimy więc spod wiaty, myślami jestem już gdzie indziej. Pożegnam się, załatam okno, a potem pójdę po raz kolejny do piwnicy i będę szukał do skutku, nawet z cholernym mikroskopem, jeżeli będzie trzeba.

— Szaleniec!

— Uwaga!

Odwracam się w ostatniej chwili. Samochód w poślizgu, przez ułamek sekundy widzę panikę w oczach kierowcy. Instynkt! Odpycham Korpolewską, facet wali prosto we mnie. Uderzenie „odcina mnie od prądu”, odbijam się od czegoś ale nic nie czuję, lecę w powietrzu jak ścierka. Ciemność.

 

***

— Żyje! Niemożliwe! Ludzieee!

Otwieram oczy, jakiś facet w średnim wieku klepie mnie po twarzy.

— Nie wstawaj, leż!

Boli jak cholera, ale nie czuję żadnych złamań. Odsuwam gościa, blokuje mi widok. „Który to już raz?” zastanawiam się. Typ wybałusza oczy, patrząc, jak wstaję. Właściwie to wszyscy patrzą na mnie jak na nieśmiertelnego. Kołyszę się, próbując złapać pion, patrzę pod nogi, jakbym chciał upewnić się, że ziemia tkwi na swoim miejscu. Okazuje się, że jestem boso. Siła uderzenia wyrwała mnie z butów. Jakiś dzieciak przynosi mi moje adidasy, z wrażenia nie może zamknąć buzi. Odbieram je, ale nie zakładam. Nie teraz. Korpolewska.

Kulejąc, podchodzę do przystanku. Samochód i wiata stały się jednym ciałem, a kształtów ludzi, którzy siedzieli w środku, nie jestem w stanie nawet rozróżnić. Miazga. Gapie w szoku, ze łzami w oczach zakrywają usta, ktoś zdaje bełkotliwą relację przez telefon. Obok przystanku stoi betonowy kosz na śmieci, od jednego z kantów do samego chodnika spływa brunatna struga. Kałużę krwi i głowę Korpolewskiej ktoś przykrył kurtką. Tłuste ciało w ubłoconym bordowym płaszczu wygląda jak porzucona kanapa. Jak worek czerwonej cebuli. Śmierć to nie dramat, tylko groteska. Napatrzyłem się przez ostatnie lata. Nie uratowałem jej, mogą mnie nawet oskarżyć o nieumyślne spowodowanie śmierci. Znowu wszystko na próżno.

— Przykro mi. — Ktoś klepie mnie po ramieniu.

Nie reaguję. „Zimno mi w stopy”, myślę. W takiej chwili.

Facet podpiera mnie, siadam obolały na chodniku by założyć buty. Moją uwagę przykuwa małe rozcięcie na podeszwie. Krew odpływa mi z twarzy. Tu jest! Przez te wszystkie lata! Brakujący kawałek lustra wżął się tak głęboko w gumę, że był praktycznie niewidoczny. Nie wierzę własnym oczom.

Zrywam się na nogi i idę w stronę domu tak szybko, jak pozwalają mi pobijane, bose nogi.

— Stój! Gdzie idziesz! Policja jedzie, musisz złożyć zeznania! — ktoś krzyczy za mną, po chwili czuję dłoń na ramieniu.

— Aaaaaaarrrr!!! — Odwracam się ze zwierzęcym rykiem i daję mu w pysk. Facet pada na ziemię, po chwili zrywa się jak ranione zwierzę, ale gdy widzi moją twarz odchodzi mu ochota do walki. Stoję boso, powykręcany bólem, przyciskając własne buty do klatki piersiowej. Wszyscy patrzą na mnie jak na szaleńca.

— Zostawcie mnie w spokoju — mówię i odwracam się. Nic mnie już nie obchodzi. Zostawiam za sobą tylko histeryczny śmiech.

Idę. Biegnę. Biegnę, śmiejąc się i płacząc. Nagle pod moimi nogami zapada się płyta chodnikowa, w ostatniej chwili udaje mi się nie skręcić kostki.

— Haha! Tylko na tyle cię stać? — Pluję za siebie i idę dalej. Po chwili, niczym łopoczący czarny płaszcz, z drzewa sfruwa stado gawronów. Biją mnie skrzydłami, próbują dziobać, kraczą. Nie zatrzymuję się. Przyciskam kurczowo buty do piersi, z zamkniętymi oczami machając na oślep drugą ręką. Trafiam, czuję pióra pod palcami. Zaciskam dłoń, ptak szamocze się, próbując się uwolnić. Instynkt. Chwytam ofiarę w zęby, zaciskam, szarpię. Łeb zostaje mi w ustach, ciskające się truchło wyrzucam na trawnik, wypluwam głowę. Ptaki rozlatują się na wszystkie strony. Ludzie w oknach patrzą na mnie z przerażeniem, niektórzy czynią znak krzyża, ktoś dzwoni po policję. Zgarniam leżącą nieopodal tekturę i taśmę. Przydadzą się.

Wpadam do mieszkania. Zabieram nóż z kuchni i idę do pokoju. Siadam po turecku przed lustrem i wydłubuję kawałek szkła z podeszwy buta. Dostrzegam, że cień zaczyna rozchodzić się na wszystkie strony: wypełnia całą podłogę i wspina się po ścianach. Czuję się jakby ktoś uwięził mnie w zbiorniku, odkręcił wodę i poszedł sobie, zostawiając mnie na pastwę losu. Cień sięga coraz wyżej, w końcu rozlewa się po suficie. Strzela żarówka, zapada ciemność gęsta jak ropa naftowa. Jestem wewnątrz cienia, zamknięty w środku. Cisza jest absolutna.

Macam po podłodze, znajduję tubkę kleju, którym skleiłem wcześniej resztę lustra. W zębach trzymam szkło, lewą dłonią znajduję szczelinę w tafli. Wpuszczam kroplę kleju. Wyjmuję szkło z ust.

— Jak to jest, bać się? — pytam. Wkładam brakujący kawałek na miejsce.

Cisza. Nic się nie dzieje. Zaklęcie! Szukam kartki w kieszeni. Stop. Nie odczytam jej przecież w takim mroku. Sprytny Fatum, bardzo sprytny. Niestety chyba nie wie, że człowiek na krawędzi śmierci ma bardzo dobrą pamięć do szczegółów. Chwytam amulet wiszący na szyi.

— Sarahija saneteri, aidos eihi atteri!

Wrzask na górnej granicy słyszalności rozsadza mi uszy. Zwijam się po podłodze. Uchylam powieki i z przerażeniem patrzę jak cień kurczy się, uwalnia sufit i schodzi coraz niżej. Do pokoju wpada coraz więcej światła zza okna. Widzę już wyraźnie dziesiątki cieni w kształcie rąk wyłaniających się z mroku, próbują wczepić się w ściany — na próżno. Czarne dłonie schodzą coraz niżej i niżej i niżej...

W końcu obłapiają mnie, niczym ostatni bastion. Wyglądają jakby chciały zacisnąć się na moim ubraniu, chwycić za nadgarstki, wspinają się po mnie, widzę, że chcą wedrzeć mi się do gardła. Pisk nie ustaje, przypomina jęk lisa obdzieranego żywcem ze skóry. Jestem sztywny z przerażenia, nie oddycham, oczy wysychają w wytrzeszczu.

Pisk zamienia się w końcu w ryk. Lustro wsysa Fatum jak czarna dziura i kilka sekund później jest po wszystkim.

Moje usta syczą płytko, jakbym wciąż bał się odetchnąć pełną piersią. Dociera do mnie cisza. Zrywam się, odpycham nogami i kulę w kącie. Patrzę na lustro na środku pokoju. Nic się nie dzieje. Dopiero teraz czuję wilgoć na swojej nogawce.

Dopiero po kilku minutach zbieram się na odwagę, by powstać z podłogi i spojrzeć w taflę.

Widzę wielką czarną chmurę, która zachowuje się jakby porywisty wiatr rozrywał ją i łączył na nowo. Potężna siła.

Odskakuję jak oparzony. To jeszcze nie koniec. Biegnę do piwnicy, zgarniam pędzel i puszkę czarnej farby. Zamalowuję dokładnie całe lustro. Nie czekając aż wyschnie, obkładam je z obu stron tekturą i obwiązuję taśmą klejącą. Nie ma co ryzykować.

 

***

Wychodzę z bloku, trzymając w obu rękach opieczętowane zwierciadło. Od sąsiada pożyczyłem szpadel, dla wygody przykleiłem sztych do tektury od tylnej strony. Pakunek jest ciężki i strasznie nieporęczny, co chwilę muszę zmieniać uchwyt.

Mijam przystanek autobusowy. Jestem kilkanaście metrów dalej, skryty nieco za drzewami, nie widać mnie. Przyjechały już dwie karetki i dwa wozy policyjne. Policja odgradza teren, robi zdjęcia, przesłuchuje ludzi, a ratownicy zachodzą w głowę, jak się dobrać do mielonego mięsa zakleszczonego w powykręcanej puszce. „Powinienem podejść, czy nie?”, myślę. Wtem przypomina mi się śmierć wyglądająca z oczu kierowcy tamtego samochodu. Podobno piorun nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce. Mogę osobiście poświadczyć, że to bzdura. Obchodzę scenę szerokim łukiem, na wszelki wypadek grodząc się lustrem od przypadkowych spojrzeń.

Skrzyżowanie jest dwuetapowe, szeroka ulica z pasem zieleni. Ruch od mojej strony zablokowany, przechodzę więc szybko na wysepkę. Wokół hałas, trąbienie. W oddali dostrzegam autobus, linia przejeżdżająca obok cmentarza. Przyspieszam. Lustro ciąży coraz bardziej, zaraz wymknie mi się z rąk! Wypada! Amortyzuję jego upadek stopą, chwytam w porę rękami. Uf. Autobus wjeżdża na przystanek. Kurwa! Przekładam uchwyt i biegnę. Hałas, trąbienie. Wbiegam na pasy. Hałas coraz większy. Krzyk jakiejś kobiety:

— Jezus Maria!

Wyglądam zza lustra. To nie było trąbienie, tylko syrena. Wóz straży pożarnej na pełnej prędkości jedzie prosto na mnie.

 

***

Budzę się. Świetlówka razi mnie w oczy. Pole widzenia od góry i od dołu ograniczają bandaże, a kołnierz ortopedyczny krępuje ruchy głową. Jestem cały w gipsie, wszystkie kończyny wyciągnięte na szynach. Przypominam sobie „Jezus Maria” i to, co było potem. „To nie mógł być Fatum, przecież był szczelnie zamknięty w lustrze!”. Pozostaje jedyne wytłumaczenie: to był zwyczajny, naturalny ludzki pech i tym razem nie było cienia, który ocaliłby mnie od obrażeń. Co za ironia! Ogarnia mnie śmiech, nagle czuję palący ból w klatce piersiowej i zanoszę się długim kaszlem, który tylko pogarsza sprawę.

— Proszę, proszę, nasz pacjent się w końcu obudził. — Młody lekarz i pielęgniarka wchodzą do sali. — To była najdłuższa drzemka w pana życiu, dwanaście godzin operacji, dziesięć dni pod respiratorem, drugie tyle już o własnych siłach. Jeszcze z pół roku i znów będzie pan grał w piłkę, cierpliwości.
Pielęgniarka sprawdza wszystkie rurki, zmienia kroplówkę.

— Lustro. Miałem przy sobie lustro. Co się z nim stało? — bełkoczę, ledwie mogąc otworzyć usta.

— Bez obaw. Policjanci z pewnością wyzbierali co do kawałka wszystko, co znaleźli na ulicy. W końcu to materiał dowodowy — odpowiada doktor. — Wkrótce ktoś z policji do pana przyjdzie, będzie pan musiał odpowiedzieć na wiele pytań nie tylko w sprawie swojego wypadku, ale i wcześniejszego, który miał miejsce po drugiej stronie ulicy. Ktoś rozpoznał pana jako świadka.

Czuję, jak rośnie mi ciśnienie. „Boże. Cień jest znów wolny. Niech tylko stąd wyjdę, po raz kolejny skleję lustro i…”

— Jeszcze co do lustra, to myślę, że będzie pan winien ekstra podziękowania naszemu ordynatorowi. Nie tylko poskładał wszystkie kości do kupy, ale wyjął kawałki szkła z pana ciała. Lustro poszatkowało pana jak kebab, to cud, że pan przeżył. Ordynator zachował dla pana wszystkie odłamki na pamiątkę. Niech je sobie pan oprawi w ramkę i postawi w gablocie, żeby pamiętać, jak kruche jest życie i jak należy o nie dbać.

Zaciskam oczy, by nie było widać w nich strachu. A potem potężnej ulgi i łez.

— Pewnie, doktorze. Nie ma pan pojęcia, jak bardzo jestem wdzięczny.

— Jeden z kawałków, odprysk wielkości drzazgi, niemal przebił panu serce. Utkwił w worku osierdziowym. Na szczęście organizm otorbił go na tyle, że jest już nieszkodliwy. Miał pan niesamowite szczęście, wie pan? Lekarz stwierdził, że nie da się go usunąć, ryzyko uszkodzenia mięśnia sercowego jest zbyt duże. Będzie więc pan miał pamiątkę do końca życia — uśmiecha się lekarz. — Siostro, proszę zasłonić żaluzje. Niech pan odpoczywa, zobaczymy się jutro.

Zamykają drzwi. Ich trzask to dla mnie odgłos walącego się świata. Patrzę w sufit gotowy krzyczeć „zabijcie mnie”, ale wiem, że on mi już na to nie pozwoli. Wspina się po ścianie, rozciąga po suficie, aż równa się wzrokiem ze mną i patrzy prosto w dół. Tym razem jego oczy są wąskie i aż się skrzą, a szczelina w miejscu ust wykrzywia się upiornie ku górze. Cień powoli wyciąga ku mnie ręce i z satysfakcją prostuje palce. Pięć. Plus dwa.

 

KONIEC
 

Odprysk

Opowiadania