Imię i nazwisko
Twój e-mail:
Treść wiadomości:
WYŚLIJ
WYŚLIJ
Formularz został wysłany — dziękujemy.
Proszę wypełnić wszystkie wymagane pola!

Kontakt

Kontakt

Kontakt

Szukasz moich książek?

Kliknij w logo

Szukasz moich książek?

Social media

Social media

Social media

Kliknij w logo   >>>>>>>

1

– Ukrzyżuj! Ukrzyżuj go!

– Na krzyż z nim!

– Precz!

Poncjusz Piłat powiódł wzrokiem po zgromadzonych na rozległym dziedzińcu przed Pretorium. Brodate twarze spalone słońcem, napięte i wykrzywione w karykaturalnych skurczach nienawiści. Usta porozciągane do granic w chrypliwych krzykach. Oczy, w których mógł odczytać wyrok, jaki za chwilę miał wydać.

Fanatyczna energia kryła się pod jeziorem żółtych i brązowych płaszczy, których rogi zdobiły frędzle, świadczące o pobożności i cnocie. Ci z najdłuższymi frędzlami krzyczeli najgłośniej i podburzali tłum. Było już po południu, lecz pod chroniącymi głowy ludzi płótnami kufiji panowała taka temperatura, jakby słońce w zenicie rozpalało kamienistą Pustynię Judejską. Piłata otaczała ślepa żądza mordu i zbiorowe szaleństwo skąpane w kurzu i zapachu ludzkiego łoju.

„Dlaczego faryzeusze musieli przyprowadzić mi tego przybłędę akurat dziś, w przeddzień Szabatu? Nie chcieli skalać się, pokrwawić sobie frędzli? Mam przybić go do drzewa, by oni mogli jutro z uśmiechem nałożyć świeży tałes, odmówić osiemnaście błogosławieństw i wznosić do nieba czyste ręce?” 

Plecy Poncjusza zesztywniały już dawno, a kostniejący lęk z wolna piął się w górę. Namiestnik oddychał płytko, wyschnięte gardło zdawało się samo zaciskać pod naporem niewidzialnej siły.

– Którego z tych dwóch chcecie, żebym wam uwolnił?

– Barabasza! – krzyczeli Żydzi. – Uwolnij nam Barabasza!

Piłat obejrzał się na więźniów. Jezus w purpurowym płaszczu i koronie z ciernia wyglądał na pogodzonego z losem. Po opuchliznach i siniakach na jego twarzy spływały strugi krwi. Patrzył na tłum wzrokiem pełnym współczucia, jakby to nad ich głowami wisiał wyrok śmierci. Piłat miał ochotę podejść, strzelić go w twarz i wrzasnąć: „opamiętaj się wreszcie!”.

Barabasz z kolei stał jak wryty, jakby bał się ruszyć, żeby to, co widział, nie prysło jak sen. Widać było jednak, że rozpierała go energia: miał ochotę pić, tańczyć, krzyczeć! Tańczyły tylko jego sprytne oczy: żylaste ciało, które przyjęło swoją porcję razów podczas przesłuchania, czekało cierpliwie.

– Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem?

– Na krzyż z nim! Na krzyż!

Fala ogłuszających wrzasków spiętrzyła się i Piłata zdjął lęk, że przygniecie go, wydusi powietrze z płuc już na zawsze. Z trudem wziął głęboki oddech jakby na przekór, na wszelki wypadek, aby choć trochę opóźnić moment, kiedy strach przed gniewem tłuszczy wykwitnie w końcu na jego twarzy.

– Cóż on złego uczynił? Nie znalazłem w nim nic zasługującego na śmierć. 

– Ukrzyżuj!

– Na krzyż!

– Czyż króla waszego mam ukrzyżować? – spytał Poncjusz.

– Poza Cezarem nie mamy króla – odpowiedział któryś z kapłanów.

Piłat wspomniał na słowa, które padły wcześniej: „Jeżeli Go uwolnisz, nie jesteś przyjacielem Cezara. Każdy, kto się czyni królem, sprzeciwia się Cezarowi”. Pomyślał: „Czy warto stawać w obronie człowieka, który sam wydaje się nie przejmować swoim losem?”.

Spojrzał jeszcze raz na Jezusa. Ten zwrócił ku niemu twarz, a jego oczy mówiły: „czyń swoją powinność”. Piłat zacisnął zęby. Obrócił się i skinął ręką na służkę, która przyniosła misę pełną wody. Namiestnik sięgnął do niej, aby umyć ręce i uwolnić się od odpowiedzialności, kiedy nagle…

Nie.

Nie tym razem.

Nie ugnę się przed nimi.

Odesłał służkę ruchem ręki. Zgromadzeni w pobliżu faryzeusze i saduceusze wstrzymali oddechy w niedowierzaniu. Widząc ich reakcję, Piłat nabrał pewności siebie, a jego twarz stężała. Wystąpił do przodu, uniósł ręce i trzymał je, dopóki tłum nie umilkł, po czym przemówił donośnym głosem:

– Nie znajduję żadnej winy u Jezusa z Nazaretu. Od teraz jest wolnym człowiekiem i niech nie spotka go żadna krzywda. Com powiedział, powiedziałem.

Cisza na placu była tak przejmująca, że można było usłyszeć zgrzyt sandałów Piłata o marmurową posadzkę, gdy odwracał się w stronę Pretorium. Po chwili tłum eksplodował, a szpaler legionistów z tarczami i włóczniami z trudem odgradzał go od schodów. Gardłowe wrzaski i złorzeczenia atakowały uszy Piłata, lecz nie robiły już na nim żadnego wrażenia.

– Do lochu z nim. – Wskazał na Barabasza, po czym przeniósł wzrok na Nazarejczyka. – Zdejmijcie z niego te przeklęte ciernie, obmyjcie go i przyprowadźcie do mojej komnaty.

Twarz Chrystusa zamarła gdzieś pomiędzy niedowierzaniem, ulgą i lękiem. Kiedy Piłat zniknął w podcieniach Pretorium, Jezus przypomniał sobie drżenie swojego ciała, skomlący płacz i modlitwy, które zanosił do Ojca w Ogrodzie Oliwnym, myśląc, że teraz wie, co oznacza przemożny ludzki strach. Jednak nie. Nigdy w życiu nie bał się tak bardzo jak teraz, patrząc na wrzącą z nienawiści tłuszczę.

 

2

Straż powiodła Jezusa do lochu, gdzie rozebrał się do naga, po czym wylali na niego trzy cebry wody i rzucili stary strzęp lnianej tkaniny do wytarcia. Następnie dali mu jego własne zakrwawione szaty i zaprowadzili do Piłata.

Sala triclinium była przestronna, ze ścianami z rzeźbionych kamiennych bloków, gładką marmurową posadzką i wieloma klinai, które stały puste. Namiestnik leżał na lewym boku na jednej z nich, podpierając głowę, a w prawej dłoni trzymał puchar, który właśnie napełniała bladoskóra niewolnica. Na niskim stoliku stał półmisek pełen pasów pieczonej jagnięciny zawijanej z kozim serem oraz obrane ćwiartki pomarańczy i kandyzowane daktyle bez pestek.

– Jesteś głodny? Król żydowski też musi coś jeść – głos Rzymianina odbijał się od pustki w pomieszczeniu i powracał.

Jezus nic nie odpowiedział. Piłat wzruszył ramionami i odprawił dziewczynę. Zostali sami.

– Intrygujesz mnie, Galilejczyku. Sam fakt, że te faryzejskie żmije z taką zapiekłością pragnęły cię zgładzić, był dla mnie wystarczającym dowodem twojej niewinności. By wyjść tak, jak przyszedłeś, wystarczyły dwa słowa z twoich ust: „jestem niewinny”. Zamiast tego, śmiałeś prowokować mnie. Nie miałbyś żadnej władzy nade mną”… – Piłat pokiwał głową z niedowierzaniem. – Wiedziałeś dobrze, czym grozi rzucanie takich słów w twarz namiestnika rzymskiego na oczach całego dworu.

Wrzucił sobie do ust daktyla i zapytał, przeżuwając:

– Dlaczego chciałeś umrzeć?

Jezus nadal milczał.

Twarz Piłata zasnuła się cieniem. Wstał i zbliżając się do Jezusa, mówił:

– Donoszono mi o znakach, które czynisz. Ślepym wzrok dajesz, oczyszczasz trędowatych, wypędzasz złe duchy. Popatrz mi w oczy. – Stanął twarz w twarz z Nazarejczykiem. – Moja żona obudziła się wczoraj w nocy na wpół żywa ze strachu. Śniła straszne sny z twoim udziałem, choć nie widziała cię wcześniej na oczy. Ostrzegała mnie przed tobą. Czy to ty zesłałeś na nią te koszmary, abym cię skazał?

Jezus nic nie odpowiedział.

– Zaczął się szabat, żaden Żyd nie powinien podnieść na ciebie ręki. Mimo to, dla pewności, dam ci eskortę do bram miasta. Przejdziesz przez nie po raz ostatni w życiu.

Na twarz Jezusa wstąpiło zaskoczenie. Napisane było przecież, że Syn Człowieczy nie może zginąć poza Jerozolimą.

– Będzie, jak rzekłeś.

Piłat skrzywił się w pogardzie.

– Precz.

 

3

Było już po zmroku. Za bramą Jerozolimy czekali dwaj uczniowie, którzy wcześniej z napięciem obserwowali proces na dziedzińcu Pretorium.

– Rabbi, uchodźmy stąd czym prędzej! – gorączkował się Jan, którego młodzieńczą brodę można byłoby ogolić drewnianą łyżką. – Całe miasto podburzone przeciw tobie! Po szabacie będą szukać samosądu!

– Mamy więc cały dzień, prawda? – odparł Jezus z uśmiechem. – Przestańcie się tropić, jakby wam wszystkie ryby na straganie skisły.

– Panie, wkrótce faryzeusze zatrują swoim jadem całą Judeę – dodał Piotr z troską. – Udajmy się do Betanii, tam będą czekać na nas inni uczniowie. Rozmawiałem z Łazarzem, Martą i Marią, udzielą nam schronienia. Stamtąd możemy udać się do Galilei lub Cezarei, tam poczekamy, aż gniew ludu ucichnie.

– Dziś gniew, jutro płacz. Zamiast się bać, lepiej ich pożałujcie, bo przypieczętowali swój los.

Pogańskie stopy zdepczą świątynię Jeruzalem, przewrócą każdy kamień i splugawią każde łono. Ci, co dzisiaj pokazali kamienne serca, jutro będą kamienie jeść.

To powiedziawszy, zdjął sandały i strząsnął z nich kurz w kierunku miasta. Uczniowie tylko raz widzieli swojego mistrza w gniewie: gdy wypędzał kupców właśnie ze świątyni w Jerozolimie. Wówczas targała nim pasja. Teraz jego prawdziwa twarz kryła się za maską obojętności, jak wówczas, gdy dogorywa twój wierny pies i musisz go dobić, a nie chcesz okazać słabości na oczach żony i dzieci.

– Chodźmy – powiedział Chrystus.

Szli w całkowitych ciemnościach, zdani na gwiazdy. Betania była oddalona o piętnaście stadiów na północny wschód od Jeruzalem. Po kilku godzinach marszu, w środku nocy, zapukali do drzwi Łazarza.

Gdy weszli do środka, Maria i Marta z płaczem przypadły Jezusowi do stóp. W izbie byli też: Łazarz, bracia Piotra i Jana – Andrzej i Jakub, Filip z Betsaidy, Tomasz, Mateusz i Szymon Kananejczyk. Wszyscy bardzo się ucieszyli na widok mistrza, każdy chciał go objąć, dotknąć, by przekonać się, że to nie sen. Znać było po nich, jak bardzo byli zdenerwowani. Jezus wejrzał na swoich uczniów i oblicze mu posmutniało.

– Czekamy jeszcze na… – zaczął Jakub zwany Większym, brat Jana.

– Nie czekamy. Bartłomiej, Juda Tadeusz i Jakub, syn Alfeusza, nie wytrzymali tej próby – przerwał mu Jezus. – Nie smućcie się jednak. Nieważne, jak mocno będą potrząsać sitem: przez oka wypadnie tylko żwir niegodny tego, by na nim budować. Ostaną się prawdziwe skały.

Spojrzał na Piotra, którego ogarnął wstyd. Wszyscy wiedzieli już bowiem, co wydarzyło się poprzedniej nocy, nim kur zapiał. Piotr otworzył usta, by zapewnić, że nigdy więcej… lecz zaraz je zamknął.

– Nauczycielu… – zagadnął Tomasz, który najszybciej otrząsnął się z uniesienia, a potem pogrążył w zagadkowej melancholii – gdy zostałeś pojmany, gdy zabrali cię przed oblicze arcykapłana, Heroda Antypasa, Piłata – westchnął – zdążyliśmy pogodzić się już z twoją śmiercią. Proroctwa i przepowiednie, które nam objawiłeś, o swoim losie, o śmierci za grzechy, powstaniu z martwych i zbawieniu świata, nabrały sensu. Byliśmy zagubieni jak szczenięta w lesie, ale kiedy dotarło do nas, że twoja ofiara jest prawdziwa, wszystkie słowa twojej nauki ułożyły się w całość! Zrozumieliśmy, uwierzyliśmy! Teraz, gdy powróciłeś… Wiesz, że nikt nie cieszy się tak jak my, Rabbi, ale nie wiemy, co myśleć. Po co było to wszystko? Co teraz?

Jezus podszedł do Tomasza i położył mu rękę na ramieniu.

– Czego ode mnie oczekujesz, Tomaszu? Ran, w które mógłbyś włożyć ręce? Nie martw się, doczekasz jeszcze swojej ofiary. Prędzej, niż byś chciał.

Zwrócił się do wszystkich:

– Co ja widzę? Macie miny, jakby wam jaki skazaniec z krzyża uciekł! – Izbę wypełniły stłumione, nieśmiałe śmiechy. – Cieszmy się chwilą, póki trwa. Łazarzu, pozwól nam się wzmocnić i wypocząć, czeka nas długa droga. Z woli Ojca, moje posłannictwo jeszcze nie skończone. Przygotuj też jedno dodatkowe nakrycie i miejsce do spania.

Łazarz zdziwił się, lecz nic nie powiedział. Maria i Marta usługiwały Jezusowi i uczniom. Wszyscy w spokoju jedli pieczoną jagnięcinę i chleb, a po wieczerzy rozmawiali tak, jakby wczorajszych wydarzeń w ogóle nie było. Śmiali się, żartowali, aż w końcu dopadło ich znużenie. Sposobili się na spoczynek, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Trwoga wypełniła ich serca, lecz Jezus uniósł uspokajająco rękę:

– Przyjaciel.

Łazarz otworzył drzwi: stał w nich faryzeusz Nikodem, cały w pyle drogi, z widoczną zadyszką. Zaskoczony Łazarz zaprosił go do środka, Marta podała jedzenie i wino. Uczniowie pozwolili mu zjeść, lecz zgromadzili się wokół niego wyraźnie zaniepokojeni. Nikodem posilił się, po czym westchnął głęboko.

– Po wyroku Piłata Kajfasz zwołał nadzwyczajne zebranie Sanhedrynu. Nie było to trudne, gdyż większość członków przebywała w Jerozolimie. Oglądanie twojego ukrzyżowania miało być dla nich prawdziwym świętem. Nie muszę chyba mówić, jak dalece byli niezadowoleni.

Uczniowie spojrzeli po sobie, a Nikodem kontynuował:

– Przybywam prosto z obrad. Sanhedryn nałożył szam-tę na ciebie, panie, a także na twoich uczniów i na wszystkich, którzy wam sprzyjają. Ktokolwiek uwierzy w twoje nauki lub choćby udzieli wam schronienia, zostaje bezwarunkowo usunięty z synagogi i winien jest śmierci jako heretyk.

– Jak to możliwe? Nie boją się reakcji ludu? – wściekł się Piotr.

– Już nie – odparł Nikodem. – Sympatia tłumu złudna jest jak przychylność jawnogrzesznicy. Faryzeuszom udało się rozpętać żądzę krwi, która nie została zaspokojona, przeto łatwo było wmówić ludziom, że uniewinnienie ciebie, Rabbi, to niesprawiedliwość, a do tego gwałt na tradycji. W końcu Piłat nie uwolnił Barabasza, czyli sprzeciwił się woli ludu podczas święta. Kiedy tu siedzimy, z ust do ust płynie pogłoska, że jesteś, panie, stronnikiem Rzymu, poplecznikiem znienawidzonych okupantów, przysłanym, by siać ferment i podzielić cały zbór żydowski, by łatwiej było im go kontrolować. Taką wykładnię będą głosić faryzeusze w każdej synagodze, od Beer-Szeby po Antiochię.

Uczniowie pobledli, a ich oczy uciekły w stronę Chrystusa.

– Nieważne, jak mocno będą potrząsać sitem… – wspomniał Jezus, patrząc na Tomasza. – Dzięki za nowiny, Nikodemie.

– Rabbi, ja… ja także głosowałem za szam-tą. Mój głos i tak nic by nie zmienił, a nie chciałem się zdradzić jako twój stronnik, by móc bez podejrzeń przyjechać i cię ostrzec.

– Wiem. Zawsze będziesz mi przyjacielem i czeka na ciebie miejsce w domu mego Ojca.

Nikodem nie odpowiedział, tylko ukłonił się, opuszczając wzrok.

– Kładźcie się, trzeba nabrać sił. Wyruszamy przed świtem – powiedział Jezus.

Nikt, poza nim, nie zmrużył tej nocy oka.

 

4

Jezus z uczniami opuścił rano miasto i zaprowadził ich w góry, gdzie nie rosło nic poza rachitycznymi, kolczastymi krzewami. Uderzył laską w skałę i natychmiast trysnęła z niej woda.

– Poczekajcie tu na mnie. Ja udam się na szczyt, aby się modlić.

– Nauczycielu, a co będziemy jeść? – spytał Filip.

– Wiara niech będzie waszym pokarmem – odpowiedział zagadkowo Chrystus i odszedł.

Uczniowie pozostali sami na przełęczy. Po chwili poszli nazbierać chrustu, każdy w swoją stronę, aby było z czego rozpalić ognisko na noc. Pod wieczór ich puste brzuchy dały o sobie znać.

– Wiara nie jest tak sycąca, jak myślałem – rzekł Tomasz, strzyknąwszy śliną w ognisko.

– Nie bluźnij – napomniał go Piotr. – Jeszcze wątpisz? Po tym wszystkim, co widziałeś?

– Po prostu nie podoba mi się myśl, że gdziekolwiek pójdziemy, możemy znaleźć śmierć.

– Lepiej nam umrzeć z nim, niż żyć bez niego – wtrącił Jan gorliwie.

– Młody jesteś i głupi – przerwał mu Jakub. – Zostawiliśmy za sobą całe życie, a przychodzi nam sczeznąć samotnie w górach – dodał, grzebiąc patykiem w ogniu.

– Czego aż tak ci brakuje, bracie? Łatania sieci? Oprawiania ryb? – odparł z wyrzutem Jan.

Rozgorzała kłótnia, którą przerwał… odgłos beczenia. Apostołowie z zaskoczeniem spostrzegli jednorocznego koziorożca, stojącego na krawędzi kręgu światła, które rzucało ognisko. Koźlę w milczeniu weszło między uczniów. Andrzej bez namysłu wyjął nóż, podciął koźlęciu gardło i podstawił pod nie naczynie, do którego spływała krew. Uczniowie oprawili zwierzę, upiekli je na ogniu i najedli się do syta. 

Nikt się już tego wieczora nie odezwał. Milczenie zgęstniało tak nieznośnie, że czym prędzej udali się na spoczynek. Przez następne dni patrzyli na siebie podejrzliwie, czasem oddalali się dwójkami, by szeptać w ukryciu. Przeważnie jednak chodzili po chrust samotnie i tak też spędzali czas. Jedyne, co łączyło ich, to spotkania przy strumieniu bijącym ze skały, gdzie pili i kąpali się, oraz wieczory, kiedy o tej samej porze przychodziło do nich koźlę, które jedli. I tak przez tydzień.

Ósmego dnia rano Jezus zszedł z góry i stanął między śpiącymi jeszcze apostołami. Obudzili się i spostrzegli jego smutne oczy i zobojętniałą twarz.

– Idziemy do Kafarnaum – powiedział i ruszył, nie czekając. Uczniowie w pośpiechu zwinęli obozowisko i poszli za nim.

 

5

Szli na północ doliną Jordanu, unikając większych miast. Jezus nauczał w wioskach rybackich Samarii, nie zważając na ich pogaństwo.

– Czemu szemracie? – pytał Jezus uczniów. – Co waszym zdaniem jest milsze Bogu: odnaleźć jedną zbłąkaną owcę z własnego stada, czy pozyskać dziesięć nowych owiec, by dalej się mnożyły na jego chwałę? Przez swoją próżność i ślepotę, stracili Żydzi wysokie miejsce przy stole w Królestwie Niebieskim. Teraz każdy, kto zechce oddawać cześć Panu, może dostąpić wiecznej nagrody. Ile razy wam powtarzałem, że ostatni będą pierwszymi? 

Żaden z uczniów nie odpowiedział.

Dotarli w końcu do Galilei. Odbili na zachód i udali się w stronę Nazaretu. Wieść dotarła tam z wyprzedzeniem, toteż Maria, matka Jezusa, wybiegła mu na spotkanie. Upadła synowi do stóp i zapłakała gorzko.

– W myślach pochowałam ja ciebie już kilka razy. Błagam, nie wchodź do miasta, faryzeusze mówią o tobie straszliwe rzeczy w synagogach, ludzie na ulicach złorzeczą.

– Jeszcze nie czas na mnie. Nie tutaj i nie teraz. Zaufaj.

– Błagam cię, dwa tygodnie temu tłum ukamienował Judę, ciotecznego brata twego, tylko przez to, że był z tobą spowinowacony. Na mnie też nastawali! Nie idź! – Objęła jego nogi i nie chciała puścić. Jezus podniósł ją i spojrzał wymownie w oczy. Niechętnie odsunęła się i weszli do miasta.

Żydzi stawali na ich widok i wołali do Marii:

– Nie masz wstydu, by wprowadzać między nas tego zdrajcę?

– Zapomnieliście już, jak wzrastał z wami i dzielił codzienne trudy? Winniście witać go jak dawno niewidzianego krewnego! – odpowiadała. Stopniowo za nimi utworzył się spory tłum, który Jezus prowadził prosto do synagogi. Gdy doszli do wrót, wejście zastąpiła im grupa mężczyzn, którym przewodził szeregowy kapłan – kohen, w wysokim turbanie i długim płaszczu z niebieskiej wełny, ale bez choszenu – rytualnego napierśnika.

– Nie masz wstępu do środka, synu Józefa. Czyżbyś nie wiedział, że Sanhedryn nałożył na ciebie szam-tę? Odwróć się i wracaj, skąd przyszedłeś, inaczej wszyscy popadniemy w niełaskę przez ciebie.

– Co jest napisane na diademie arcykapłana? – zapytał Chrystus.

– „Poświęcony dla Jahwe” – odparł kohen.

– Cóż więc wart jest nakaz Sanhedrynu? Czy owca może podnieść rękę na swego pasterza?

– Zbluźnił! – Kohen rozdarł swoje szaty, podniosła się wrzawa. Uczniowie przestraszyli się, gdy wokół nich zacieśnił się pierścień wściekłych ludzi. Jezus, cały czas stojąc przodem do wrót, przemówił tak, że mimo hałasu usłyszał go każdy, jakby stał obok i mówił prosto do ucha.

– Synagoga bez Boga nie różni się niczym od zagrody dla świń. Lepiej niech posłuży jako budulec na schronienie dla ludzi i zwierząt, jeżeli nie ma w niej miejsca dla Syna Człowieczego.

Powiedziawszy to, odwrócił się, a powietrze przeszył wielki huk i ziemia zatrzęsła się. Ściany synagogi pękły na pół. Potem nastąpiło kolejne tąpnięcie, potem znów i znów, aż synagoga zapadła się w sobie i zawaliła tak, że pozostała po niej wielka góra gruzu. Tłum przeraził się i rozstąpił, a Jezus z uczniami przeszli między nimi i udali się z powrotem w kierunku bramy miasta. Gdy wyszli, Jezus zobaczył, że towarzyszy im Maria.

– Co tu robisz, matko?

– A dokąd mam pójść? Dla mnie tam już nie ma życia.

Jezus skinął głową ze zrozumieniem. Udali się w kierunku Kafarnaum.

 

6

Gdy zbliżali się, Jezus przywołał swoich uczniów. Znali oni miasto, gdyż niemal wszyscy wychowali się nad jeziorem Genezaret i często przyjeżdżali do Kafarnaum na targ rybny. 

– Wejdźcie do miasta i znajdźcie dom rzymskiego setnika, któremu swego czasu uzdrowiłem sługę.
Poszli więc, a Jezus pozostał sam na sam z Marią. Słońce chyliło się ku zachodowi.

Dom setnika był położony na obrzeżach miasta i wyglądał bardzo okazale jak na rangę oficera. Przybytek był niski, ale rozległy, otoczony murem, urządzony na modłę rzymską, z przyległymi ogrodami, w których rosły drzewka pomarańczowe i figowce, a także przystrzyżone krzewy róż. Gdy straże doniosły setnikowi o grupie Żydów proszących o widzenie, ten bardzo się zdziwił. 

– Witaj, panie – powiedział Piotr. – Nasz Nauczyciel przysyła nas, abyśmy wywiedzieli się o zdrowie twego sługi.

Setnik zrozumiał. Zaprosił uczniów do ogrodu, usiedli przy małej fontannie.

– Od tamtej pory nie miał nawet przeziębienia – odpowiedział uczniom. Setnik musiał wrócić do domu niedawno, wciąż bowiem miał na sobie mundur, a pod pachą trzymał swój hełm z pióropuszem.

– Nasz Nauczyciel prosi cię o przysługę, panie. Powiedział nam bowiem, że takiej wiary jak u ciebie nie widział nawet w Izraelu.

Setnik wyprostował się, a życzliwość znikła z jego twarzy.

– Jutro nasz Nauczyciel chciałby wejść do Kafarnaum i nauczać w synagodze. Nie chciałby jednak, aby z jego powodu tłum się wzburzył się. Prosi więc, abyś przydzielił część swoich legionistów do ochrony świątyni.

Setnik zasępił się, widać było, że toczy wewnętrzną walkę. W końcu powiedział:

– Wieści roznoszą się szybciej, niż myślicie. Ludzie szemrają, wiedzą, co się stało w Nazarecie. Dlatego cieszę się, że wasz Nauczyciel wysłał was przodem. Mam swoich szpiegów tu i ówdzie i wiem bez żadnych wątpliwości, że kiedy tylko wasz Nauczyciel się pojawi, Żydzi go ukamienują bez procesu.
Uczniowie spojrzeli po sobie z przerażeniem.

– Kocham waszego Nauczyciela, zawsze będę jego dłużnikiem, ale przede wszystkim muszę pilnować porządku w mieście. Dlatego nie mogę wyrazić zgody na to, by się tu pojawił – stwierdził z żalem setnik. – Obawiam się, że podobnie jest już w całej Galilei. Trzymajcie się z dala od miast, a najlepiej przebijcie się do Fenicji, gdzie nie sięga władza faryzeuszów.

Zapadła cisza. Z czasem stała się tak niezręczna, że setnik postanowił ją przerwać.

– To wszystko, co mam wam do powiedzenia. Legioniści odprowadzą was do bramy.

Gdy uczniowie wyszli na ulicę, odezwał się Jan:

– Wracajmy szybko, musimy ostrzec Pana!

– Wolnego, Janie – odparł jego brat, Jakub. – Myślę, że przemówię w imieniu wszystkich, jeżeli powiem, że nasz udział w tej sprawie dobiegł końca.

– C…co?

– Nie wiem, czy zrozumiałeś, co powiedział setnik. To koniec. Wszyscy wyznawcy opuścili naszego Nauczyciela i żadne cuda, żadne uzdrowienia tu nie pomogą. Jedyne, co nas z nim czeka, to śmierć.

– Ja tu zostaję – dodał Mateusz. – To moje rodzinne miasto, może uda mi się wrócić do starej pracy jako poborca ceł. Wiem, że Filip wraca do Betsaidy, Tomasz ucieka z Szymonem do Tyru. 

– Jak szczury z tonącego statku… – powiedział Piotr z pogardą. – Nie jesteście godni zaufania, jakim obdarzył was Nauczyciel.

– Bracie, skończ z tym – odezwał się Andrzej. – Tu się wychowaliśmy, tu jest nasze miejsce. Możemy wrócić do ojca, do łowienia ryb. Całe życie przed nami.

W oczach Piotra stanęły łzy. Nagle zerwał się z krzykiem i uderzył brata pięścią w szczękę. Jan rzucił się na Jakuba. Wywiązała się bójka, dwóch przeciw sześciu. Wynik mógł być tylko jeden.

– Głupcy! Przez was jeszcze nas aresztują – syknął Jakub do ucha Jana, którego wraz z Tomaszem i Filipem przygwoździli do ziemi. Obok leżał podobnie obezwładniony Piotr. – Zaraz cię puszczę, braciszku, nie rób niczego głupiego. Od niedawna jesteś dorosły, zrobisz więc, co zechcesz. Powiem ojcu, że zginąłeś podczas rozruchów w Nazarecie.

Jan szarpnął się i krzyknął z bezsilności, lecz nic to nie dało. 

– Właśnie tak. Nie opieraj się – powiedział Jakub, rozluźniając uścisk. Piotr i Jan poturbowani wstali z ziemi.

– Żegnaj, bracie – powiedział Jakub, po czym cała szóstka oddaliła się. Słońce zaszło, przykrywając mrocznym całunem wściekłość pozostałych na ulicy apostołów. W końcu Piotr położył rękę na ramieniu Jana.

– Wracajmy.

 

7

Tymczasem na pustynnej równinie, jakieś dziesięć stadiów od Kafarnaum, Jezus wciąż rozmawiał z Marią. O swoim dzieciństwie, o tym, jak niesfornym był dzieckiem. Ile sprawiał kłopotów. Ile przysporzył trosk. Jak bardzo, ale to bardzo, ją kochał i jak bardzo brakowało mu Józefa, który umarł, gdy Jezus był jeszcze nastolatkiem.

Opowiedział matce o wszystkich niezwykłych rzeczach, jakich doświadczył i jakich był sprawcą podczas swojej posługi. O niezwykłych przejawach wiary i bezinteresownej miłości ze strony tych najmniejszych i o równie bezinteresownej podłości. Przeprowadził ją przez wszystkie cierpienia, które stały się jego udziałem, ona zaś wyrzuciła z siebie całą tęsknotę, która ciążyła jej na sercu przez te wszystkie lata. Popłakali się oboje. Wielokrotnie. Z żalu. Ze śmiechu. I tak przez wiele godzin, aż sami nie zauważyli, kiedy zaszło słońce.

– Już czas, matko.

– Czas na co?

– Czas na ciebie. Musisz odejść.

Maria odsunęła się od niego i wstała.

– Nie. Nie znowu. Nie po to cię odzyskałam, żeby teraz…!

Wybuchła płaczem. Padła na kolana i łkała tak, że można było przysiąc, iż nocne niebo jeszcze bardziej pociemniało. Jezus z największym trudem powstrzymał się, by nie rozpaść się na jej oczach. Przełknął olbrzymią gulę, która urosła mu w gardle. Wstał, podszedł do matki i położył dwa palce prawej dłoni na jej czole.

Maria przestała płakać. Przestała cokolwiek odczuwać. Klęczała tylko i patrzyła w dal pustymi oczami.

– Musiałem. Wybacz – powiedział Jezus. Podszedł do matki, podniósł ją, objął i powiedział do ucha:

– Pójdziesz teraz nad jezioro. Będzie tam stała łódź, a w niej rybak, który powie, że czekał właśnie na ciebie. Przeprawicie się na południowy brzeg. Tam spotkasz karawanę. Kupcy także powiedzą, że cię oczekiwali. Odwiozą cię do Jerycha albo nawet dalej, gdziekolwiek będziesz chciała. U kresu podróży będzie czekał na ciebie pusty dom do zasiedlenia, obora pełna zwierząt, które dadzą ci wyżywienie, i mężczyzna, który weźmie cię w opiekę. Osiedlisz się i doczekasz kresu swoich dni w szczęściu, nieświadoma niczego. – Jezus resztką sił próbował zapanować nad łamiącym się głosem. – Wkrótce się spotkamy, naprawdę niedługo. Obiecuję. – Pocałował ją w czoło. Tego było już za wiele: poczuł, jak pęka mu serce. Wziął matkę w objęcia i rozpłakał się: strach, żal i rozpacz wybuchły przez strumienie łez, które spływały mu po twarzy i wsiąkały w szaty kobiety. 

Po kilku minutach opanował się. Rozluźnił uścisk, a Maria bez słowa odwróciła się i poszła przed siebie. Jezus spojrzał w niebo.

– Ojcze, jeśli chcesz, daj mi proszę ten kielich. Niech to się stanie. Niech to się wreszcie skończy.

 

8

Po około pół godzinie, Jezus ujrzał w ciemnościach sylwetki dwóch uczniów.

– Odeszli, Rabbi. Wszyscy cię opuścili. – Ze łzami w oczach powiedział Jan.

– Odeszli, bo pozwoliłem wam wszystkim odejść.

– Nauczycielu, co mówisz!? – zapytał zdziwiony Piotr.

– Mieliście wybór. Wolny wybór. Cieszę się, że akurat wy dwaj do końca chcieliście związać ze mną swój los.

Piotr i Jan zamarli w zaskoczeniu. Jezus skinął głową, wskazując spojrzeniem za plecy uczniów.

– Idą.

Apostołowie obejrzeli się. W oddali zaczęły pojawiać się pojedyncze światła pochodni: dwie, cztery. Dwadzieścia.

– Śledzili nas! – zawołał z przerażeniem Jan.

– Bójka na ulicy… musieli nas wtedy rozpoznać! To nasza wina, Rabbi! – rozpaczał Piotr.

– Uciekajmy!

– Piotr ma rację, jeszcze damy radę im ujść! Nauczycielu, biegnijmy…

Jezus przyłożył palec do swych ust. Uczniowie zamilkli.

– Czas na nas – powiedział Nazarejczyk.

Piotr i Jan drżeli ze strachu. Chrystus także. W tej chwili stali się sobie bliżsi niż kiedykolwiek. Jezus podał im ręce, uklękli, zamknęli oczy.

– Są tam!

– Śmierć heretykom!

– Śmierć sługusom Rzymu!

Jezus zapytał:

– Pamiętacie, jak was uczyłem?

– Pamiętamy – odpowiedział Jan.

– Ojcze nasz, który…

– … jesteś w niebie, niech się święci Twoje imię. Niech…

– … przyjdzie Twoje Królestwo, niech się spełni…

– … Twoja wola jak w niebie…

– … Tak i na ziemi.

Wtedy spadły na nich pierwsze kamienie.

 

9

Był środek nocy, kiedy Chrystus odzyskał przytomność. Czuł, że ma otwartą czaszkę i połamane kończyny. Z trudem rozejrzał się: światło księżyca padało na ukamienowane zwłoki Piotra i Jana. Spojrzał przed siebie. Zobaczył stopy obute w znoszone sandały. Z największym wysiłkiem podniósł głowę, by ujrzeć postać w jaskrawoczerwonym płaszczu. Jej twarz była gładko ogolona, włosy skrywał płytki kaptur. Galilejczyk dostrzegł też łagodne, wręcz współczujące błękitne oczy. Postać usiadła przed Jezusem, krzyżując nogi.

– Tak lepiej? Nie chodzi mi o to, byś się męczył.

– To ty… – wykrztusił Chrystus. – To od początku byłeś ty…

– Tak. To ja – odparł Lucyfer. – Przykro mi, że to musiało się tak skończyć, ale nie zostawiłeś mi wyboru.

Jezus zachłysnął się krwią, która od razu zmatowiała na ciepłej jeszcze skale.

– Nie mogłem dopuścić do zbawienia. Gdyby ci się udało, to byłby początek mojego końca. Nie wiedziałem tylko, co mogę zrobić, jak poradzić sobie z twoją mocą wyrzucania złych duchów – tłumaczył Szatan. – W końcu zrozumiałem swój błąd. Nie sposób pokonać dobra złem, jedyny sposób, to dobro… przechytrzyć.

Jezus oddychał coraz płycej. Wiele czasu mu już nie zostało.

– Doszedłem do wniosku, że jedynym czego nie możesz mi zabronić jest czynienie dobra – kontynuował Lucyfer. – Kiedy stanąłeś przed namiestnikiem, wiedziałem już, co zamierzasz i co muszę uczynić. Wstąpiłem na moment w Piłata i zrobiłem to, co powinien zrobić szlachetny człowiek i sprawiedliwy sędzia. Uniewinniłem niewinnego człowieka. Reszta dokonała się sama.

Chrystus próbował się zaśmiać, lecz jedynie zarzęził, plując krwią.

– Wiesz, że tylko odroczyłeś swój koniec? – wyszeptał. – Wrócę tu.

– Wiem. Wrócisz i to niejeden raz. – powiedział spokojnie Lucyfer. – Pamiętasz, kiedy kusiłem cię wtedy, na pustyni? Że oddam ci we władanie całą ziemię, jeśli tylko oddasz mi pokłon? Mam nadzieję, że następnym razem będziesz odrobinę mądrzejszy.

Nachylił się i wyszeptał Jezusowi do ucha:

– Kiedy wrócisz, będę na ciebie czekał. To mój świat i ci ludzie należą do mnie.

– Wrócę – powtórzył Jezus. Na więcej nie miał siły.

– Muszę już iść. Pozdrów ode mnie swego Ojca – syknął Szatan. Wstał i odchodząc, rozpłynął się w powietrzu.

Jezus zacisnął powieki, spod których wyciekła słona, wilgotna strużka. Nagle wyprężył się i ze wszystkich sił wykrzyknął w niebo:

– Eli, Eli, lama sabachthani?!?

Po tych słowach wyzionął ducha. 

 

KONIEC
 

Ecce Homo

Opowiadania