Jednym z najpiękniejszych aspektów działalności wydawniczej na własną rękę jest nieskrępowana wolność artystyczna. Możesz napisać książkę dokładnie taką, jaką chcesz i wydać ją tak, jak chcesz. Mało tego, jest to wskazane. Im bardziej proza jest charakterystyczna dla ciebie, tym łatwiej będzie ci znaleźć oddanych fanów.

Jeżeli jednak czujesz, że „popłynąłeś” z tą innowacyjnością, żaden problem: zrób mały nakład, powiedzmy taki, by wyjść na zero z kosztami. Rozsądnie rozplanowane koszty sprawiają, że wydawanie książek samemu praktycznie nie niesie ze sobą ryzyka finansowego. Zejdzie? Wtedy zrób dodruk, nikt Ci nie każe robić naraz tysięcy egzemplarzy i trzymać ich w garażu 🙂 Tradycyjnym wydawcom takie ścibolenie kompletnie się nie opłaca, ale ty, jako „indyk”, możesz sobie na to pozwolić. Świadomość tego jest bardzo, ale to bardzo wyzwalająca.

Wydając samego siebie masz pełną dowolność w wyborze artysty grafika do stworzenia okładki, redaktora i korektora, z którymi będziesz współpracował, detali technicznych, takich jak papier, format, rodzaj oprawy i uszlachetnień książki, w końcu w wyborze samej drukarni. Pisanie swoja drogą, ale aspekt fizycznego tworzenia książki to także mega frajda 😀 Potem masz pełną władzę, jeżeli chodzi o sposób sprzedaży i promocji. Zakładam, że podobnie jak ja, nie masz hajsu na start, a bieda wymusza kreatywność. Kreatywność to fun. Kombinowanie, jak tu dotrzeć do czytelników, obserwowanie efektów, to też fun.

Stety (tak, „stety” 😀 ), jak mawiał Wujek Ben ( 😛 ), „with power comes responsibility” 😀 Przez brak wiedzy, przywiązania do szczegółów czy niedopilnowanie procesu, sam możesz „utopić” własną książkę. Możesz popełnić te same błędy, co tradycyjni wydawcy. Mało tego, jako świeżynka w branży jesteś na nie dużo bardziej narażony niż wydawcy, za którymi w końcu stoi doświadczenie.

Innymi słowy, musisz podejmować świadome, wyedukowane wybory. Czeka cię dużo nauki, m.in.: o gatunkach literackich (prawidłowe ustalenie tożsamości książki to absolutna podstawa), o tym, jak znaleźć dobrego redaktora i korektora, jak dobrze ocenić ich pracę, o trendach w tworzeniu okładek w różnych gatunkach, technicznych aspektach ich formatowania, składzie, przygotowaniu książek do druku, itd itp. Nawet jeżeli nie będziesz tych prac wykonywał osobiście (a praktycznie wszystko możesz zrobić sam, jeżeli poświęcisz czas na naukę), to musisz jakoś dogadać się ze specjalistami, którzy będą ci pomagać, musisz umieć przekazać im precyzyjną wizję tego, co chcesz osiągnąć, musisz umieć ocenić ich pracę, wreszcie musisz znać realia rynkowe, by nie dać się naciągać na kasę.

Potem musisz nauczyć się o dostępnych dla ciebie kanałach sprzedaży i podjąć decyzję, które wybrać. To samo dotyczy promocji i reklamy, a także wysyłki. Mało tego, ta nauka nigdy się nie kończy, bo nowinki techniczne w branży cały czas się pojawiają, zwłaszcza w dziedzinie książek elektronicznych i marketingu internetowego.

Prędzej czy później będziesz też musiał założyć wydawnictwo: normalną firmę, a tu nauki jest pewnie z dziesięć razy tyle. Trzeba być na bieżąco zarówno z prawem autorskim jak i prawem o prowadzeniu działalności gospodarczej.

Jak widzicie, wolność artystyczna w indie publishingu jest praktycznie nieograniczona. Natomiast, żeby się nią w pełni cieszyć, trzeba się cały czas uczyć i to przez cały okres trwania kariery, czyli (daj Boże) do końca życia 🙂 Gotowość i chęć do nauki to podstawa przetrwania w indie publishingu, na równi z pisaniem. Więcej o tym następnym razem.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

 

Obrazek: forum.warthunder.com