Tradycyjni wydawcy boja się eksperymentów. Preferują najbardziej bezpieczne rynkowo rozwiązania, czyli wydawanie modnych gatunków, ogrywanie popularnych tematów, a najlepiej żeby książka była łatwa do sklasyfikowania, by można było ja właściwie opakować i sprzedać. Niby robi sens, ale tak się składa, że niemal zawsze książki, które okazywały się być trendsetterami i rozbijały bank, stały okrakiem w poprzek wszelkich schematów i autorzy musieli znosić odrzucenie po kilkanaście/-dziesiąt razy, zanim ktoś docenił potencjał ich dzieła. A ile innowacyjnych dzieł lub niecodziennych hybryd gatunkowych w ogóle nie ujrzało światła dziennego? Nawet nie chcę o tym myśleć.

Zanim książka zostanie wydana tradycyjnie, musi ja „klepnąć” kilka osób: recenzent, sprzedażowiec, a często i spec od marketingu. Wszyscy oni mogą próbować zmienić treść twojej książki, by była bardziej „sprzedawalna”: nakazać usunąć elementy kontrowersyjne, ingerować w wątki, kazać ci przepisywać całe fragmenty pod ich dyktando, nawet zmieniać tytuł.

Niestety żadne z nich nie potrafi udowodnić, na podstawie jakich danych uważają, że ich rozwiązanie jest lepsze niż twoje. Wszystko to hucpa, przeczucie. Jest jedna zasada dotycząca marketingu w branży wydawniczej: NIKT NIC NIE WIE. Niestety większość pisarzy się na to zgadza, bo nie mają kompletnie kręgosłupa. Zrobiliby laskę wydawcy, byle tylko zobaczyć swoją książkę na półce, tak dużo znaczy dla nich „walidacja” z tytułu jej wydania.

Zgodnie z prawem autorskim, książka (całość) jest zamkniętym utworem. Wszelkie próby jego zmiany powinny być z tobą konsultowane i powinieneś mieć ZAWSZE ostatnie słowo. Mało tego, możesz się nie zgodzić na zmianę choćby przecinka. Jeżeli wydawca podpisał z tobą umowę, to znaczy, że wyraził gotowość wydania utworu w zaproponowanym przez ciebie kształcie (tytuł jest także częścią utworu!).

Praktyka jest, niestety, zupełnie inna. Wydawcy robią, co chcą i mają pisarzy w dupie. Jako wytrych wykorzystują zapis ustawy o możliwości dokonywania poprawek redakcyjnych, natomiast w ich mniemaniu do „redakcji” wlicza się przewrócenie książki do góry nogami. Powszechną praktyką jest, że nawet po redakcji wydawcy grzebią sobie w treści książki, a autor widzi zmiany dopiero w księgarni. Teoretycznie może pójść z tym do sądu, bo wygraną ma w kieszeni i dostałby jeszcze konkretne odszkodowanie, ale mało który autor ma jaja, by się postawić.

Niektórzy wydawcy nie tylko potrafią redakcyjnie „zgwałcić twoje dziecko”, patrząc ci prosto w oczy. Na dalsze etapy nie masz już właściwie żadnego wpływu. Autorzy bez ugruntowanej pozycji mogą zapomnieć o wpisaniu sobie do umowy, chociażby, prawa głosu w kwestii tworzenia okładki, ilustracji czy blurba, nie wspominając nawet o detalach technicznych samego produktu czy możliwości zgłaszania pomysłów na promocję.

Innymi słowy, w najgorszym przypadku możesz zobaczyć na półce w księgarni coś, na co zdecydowanie się nie pisałeś. Książkę, w której zgadza się tylko nazwisko autora (choć teraz pewnie chętnie byś je wykreślił), z paskudna okładką i nudnym, pasywnym blurbem, wydrukowaną na srajtaśmie. Używanej 😛

Tak się zdarza, choć oczywiście nie musi. Im mniejsze wydawnictwo, tym, co do zasady, bardziej liczy się ze zdaniem autora: nie ingeruje w podstawowe założenia fabuły, akceptuje veto autora względem poprawek redakcyjnych, przedstawia koncepcję okładki (czasem nawet kilka), pokazuje proofa do akceptacji itp. Wiele wydawnictw robi świetną robotę, nawet jeżeli nie konsultują swoich wyborów z autorami. Najczęściej dotyczy to stajni wydających prozę gatunkową, której sami są fanami, więc znają się na tym, jak finalny produkt powinien wyglądać, by urzekł takich samych fanów jak oni. Nie jest więc tak, że wszyscy wydawcy są be, w żadnym razie! W końcu to, aby książka się sprzedała, jest też w interesie wydawcy. Natomiast, w większości przypadków, współpraca z autorem na etapie fizycznej produkcji książki to po prostu ich dobra wola. Bywa przecież, pewnie częściej niż nie, że uwagi autora są gówno warte, więc lepiej je zignorować, dla dobra książki 😉

To, czy książka odniesie sukces, tylko częściowo zależy od jej treści. Niestety wolność artystyczna autora jest u tradycyjnego wydawcy bardzo ograniczona i na ostateczny efekt ma on niewielki wpływ. Musi po prostu liczyć na fuksa 🙁 A to, czy autor potrafiłby z takiej wolności skorzystać, gdyby ją miał, to temat na osobnego posta.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

 

Zdjęcie: savethewest.com