Da się! Nawet w tak przejebanym kraju jak Polska, da się zarabiać dobre pieniądze na książkach. Inspirujący przykład dał Michał Szafrański swoim poradnikiem „Finansowy Ninja”. Dość powiedzieć, że z samej przedsprzedaży wyjął ok. pół miliona złotych na czysto. Szczegóły znajdziecie TUTAJ.

Jak wywnioskujecie z lektury, sytuacja Szafrańskiego jest dość specyficzna. Niemniej jednak, zainspirowany, postanowiłem pobawić się w symulację finansową. Jak mogło by to wyglądać w przypadku początkującego pisarza fikcji literackiej, który bierze sprawy w swoje ręce?

Oto wyniki 🙂

TABELKA 1 – wersja do ogólnego użytku 🙂

blog-symulacja-finansowa-2

Dla jasności: skład książki i przygotowanie jej do druku wyceniłem na zero złotych z prostej przyczyny: mam zamiar robić to sam i wam też to radzę. Nie jest to fizyka kwantowa: raz nauczone zasady przydadzą się przez całe życie, więc warto zainwestować swój czas, a oprogramowanie dostępne jest w internecie za darmo.

Na redakcję i okładkę przeznaczyłem sztywne budżety. Wszystko zależy od efektu, który chcecie uzyskać. Jeżeli grafika do książki wyjdzie taniej, macie większe pole manewru przy płaceniu za redakcję i odwrotnie. Koszty zależą od wielu czynników subiektywnych: np. redaktorzy wycenią swoją pracę na podstawie przedstawionych przez was próbek. Jeżeli stwierdzą, że od samego patrzenia dostają bólu zęba, zaśpiewają sobie odpowiednio więcej za usługę.

A teraz interpretacja wyników:

Aby wyjść na zero, musisz sprzedać przynajmniej 150 książek. Już sprzedaż sześciuset sztuk książki daje ci zarobek, do jakiego z tradycyjnym wydawcą konieczne by było wyprzedanie całego średniego nakładu debiutanta, czyli trzech tysięcy sztuk. Tymczasem sprzedaż trzech tysięcy książek rocznie na własną rękę już pozwala ci żyć z pisania, przynajmniej poza Warszawą. W miastach poniżej 100 tysięcy mieszkańców i na wsiach utrzymasz się i z dwóch tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Warszawa jest poza klasyfikacją, z wiadomych względów 😛 Jeżeli tu mieszkasz, sam ustal sobie próg, który da Ci przeżyć i skupić na pisaniu w stu procentach.

Im większa sprzedaż, tym bardziej dysproporcja rośnie. Pamiętacie jak mówiłem, że dla tradycyjnie wydawanego pisarza sprzedaż bestsellerowego nakładu (dziesięć tysięcy sztuk) ledwie pozwala na wyciągnięcie średniej krajowej miesięcznie? No to spójrzcie na ostatnią kolumnę w powyższej tabelce. No i wiadomo: od tysiąca sztuk wzwyż, koszty jednostkowe pozwalają przesiąść się spokojnie na druk offsetowy (jakość!). Krótka piłka: jeżeli w wydawaniu chodzi ci o snobizm i chęć oglądania swoich książek na półce w Empiku, idź do tradycyjnego wydawcy. Jeżeli chcesz z pisania żyć, indie publishing jest, tak naprawdę, jedyną rozsądną drogą. Z normalnym wydawcą nie zarobisz.

Marzenia o zostaniu zawodowym pisarzem są bliższe niż się wszystkim wydaje. Potrzebujesz do tego wiernej publiczności trzech tysięcy osób spośród trzydziestu pięciu milionów. Czy to dużo? Polski rynek to nie Stany, gdzie nawet mierni, ale uparci pisarze mogą funkcjonować na peryferiach rynku wydawniczego. Moja opinia jest następująca: w Polsce indie publisherzy mogą żyć, i to na dobrym poziomie, ale muszą być naprawdę zajebiści.

No dobra, teraz przechodzimy do wersji hard, za którą pewnie zbiorę ostre cięgi 😉

TABELKA 1 jest przeznaczona dla osób, którzy twierdzą, że tylko płacenie pełnych stawek zapewni im grafikę i redakcję wysokiej jakości. Poniższa TABELKA 2 pokazuje, jak ja CHCIAŁBYM to zrobić, wraz z uzasadnieniem. Od razu uprzedzam, że niektóre poglądy będą dla Was kontrowersyjne.

Oto wyniki.

blog-symulacja-finansowa

Garść informacji dodatkowych. W tej tabelce wcielamy się w startującego indie publishera z ograniczonymi zasobami finansowymi, który musi kombinować (czyli mnie). Dlatego na okładkę i redakcję przeznaczamy po max. 500 zł i baaardzo chcemy się zmieścić w tym budżecie. Proszę NIE KRZYCZEĆ! Już uzasadniam.

Grafika

Za usługi grafików z dużym doświadczeniem trzeba by było zapłacić ok. 2000 złotych. Jestem mocno przekonany, że można uzyskać dobrą jakość usług za o wiele mniej. Trzeba tylko wiedzieć czego się chce. Mam doświadczenie z grafikami: tworzyłem okładki wszystkich swoich płyt i miałem ich szczegółową wizję, którą potrafiłem przekazać. Dzięki temu praca szła sprawnie i nie kosztowała wiele. Większość kosztów to poprawki, które wynikają z tego, że zleceniodawca sam nie wie czego chce i dopiero kiedy dostaje pierwszą wersję grafiki, zaczyna się przypieprzać. Skutkuje to milionem wersji roboczych i kosmicznymi kosztami. Musisz dokładnie wiedzieć czego chcesz z wyprzedzeniem i musisz umieć to przekazać, a nie będziesz przepłacać.

Redakcja

Mam też doświadczenie z zawodowymi redaktorami (głównie w pracy, ale i prywatnie) i jestem o tyle spokojny, że nigdy nie mieli z moimi tekstami wiele roboty 😉 Nie potrzebuję więc mentora, który będzie mi poprawiał „brzmienie” tekstu: jestem na tyle świadomy tego, co piszę, że jeżeli w tekście pojawia się np. błąd gramatyczny lub składniowy, to na 99% tak właśnie ma być, bo jest to częścią stylu. Nie robię też błędów ortograficznych: jeżeli już to głównie interpunkcyjne, nie odróżniam też półpauzy od dywizu itd. itp. Wiem co robię dobrze, a co źle. Inna sprawa, że mogę mówić tylko za siebie i wiem, na co mogę sobie pozwolić w kwestii oszczędności, by tekst nie stracił na jakości.

Można powiedzieć, że schemat jest podobny jak w podejściu do pracy z grafikami: musisz znać siebie i dokładnie wiedzieć, czego chcesz. Oszczędności w procesie redakcji możesz wprowadzać tylko wtedy, kiedy dobrze znasz swoje słabe punkty! Działasz punktowo. Nie płacisz za poprawianie czegoś, w czym wiesz, że jesteś dobry. Poprawiasz to, w czym jesteś słaby, lub czego do końca nie jesteś pewny.

Przykładowo: nie czuję się na siłach szukać we własnych tekstach niekonsenwencji logicznych i tu musiałbym becelować. Mam jednak szczęście posiadać dwóch zaufanych „beta testerów” z talentem do czepiania się detali. Jeżeli w fabule czai się jakaś nielogiczność, niekonsekwencja albo luka, z przyjemnością wyłapią je dla mnie za darmo. Są nieznośnymi geekowymi krytykantami, prawdziwymi skurwielami w tym zakresie więc jeżeli coś przejdzie przez ich sito, znaczy, że jest dobrze. W kwestii problemów logicznych, chłopaki są w pełni satysfakcjonującym substytutem redaktora, a ich pomoc nic mnie nie kosztuje. Dopiero po poprawieniu tekstu przez nich, pójdzie on do właściwego redaktora.

Na moją korzyść działa to, że konkurencja na rynku redaktorów jest duża, dlatego podstawa to wysłać fragment tekstu do wielu redaktorów i porównać ich umiejętności, by nie kupić kota w worku. Powinni być to zarówno redaktorzy z najwyższej półki jak i tzw. „redaktorzy-studenci polonistyki” 😉 Jeżeli na podstawie reprezentatywnej próbki (np. 3/4 arkusza wydawniczego, czyli ok. 30 tysięcy znaków) nie zauważę, by którykolwiek z redaktorów wniósł do tekstu cokolwiek nadzwyczajnego poza poprawieniem błędów (i wszyscy wyłapią te same) to podstawowym kryterium będzie cena, wiadomo. A tu widełki są na tyle duże, że można naprawdę przyoszczędzić, a tekst będzie w dalszym ciągu wyglądał dobrze.

Kiedy znajdziesz odpowiednią osobę, warto z nią współpracować na stałe.

P.S. – dla wszystkich zrzęd: tekstów blogowych nie redaguję. Piszę tak, jak mówię, teksty powstają na kolanie, w przerwie pomiędzy czymś. Nie przykładam do ich poprawności językowej żadnej wagi. Jeżeli więc, widząc błąd w tekście blogowym, wysuwasz wniosek, że nie umiem pisać, to cóż… nie będę się kłócił. Twoja racja – mój spokój 😉

UWAGA: jeżeli twoje teksty regularnie wracają do ciebie całe czerwone od komentarzy redakcyjnych, apeluję: nie szukaj oszczędności w tym zakresie. Czysty manuskrypt to absolutna konieczność!!!

Skład książki

Free – własnoręczny.

A teraz interpretacja wyników:

Już przy stu sprzedanych sztukach zostaje ci w ręku jakiś symboliczny zysk. Próg zrównania się z 95% pisarzy w Polsce, których książki kończą żywot na jednym średnim nakładzie, spada z ok. 600 do 500 sztuk. Ta liczba dla mnie MA znaczenie. Cały ambaras polega na tym, by namówić 500 obcych osób, by kupiły książkę nieznanego nikomu „indyka”. Początek jest zdecydowanie najtrudniejszy i dla mnie nie jest to „tylko 100 egzemplarzy różnicy” tylko „aż 1/6 nakładu”.

Drugie pytanie brzmi: czy warto kombinować i przycinać na redakcji dla stu sztuk? Odpowiedź jest prosta: jeżeli ma to obniżyć jakość tekstu, to zdecydowanie NIE. Jeżeli nabiorę podejrzeń, że stąpam po zbyt cienkim lodzie albo idę w niewłaściwą stronę, to przybeceluję pełną stawkę za redakcję, trudno. Natomiast jestem mocno przekonany, że uda mi się zmiejszyć budżet bez szkody dla efektu: pracując przy płytach nauczyłem się wyszukiwania rozwiązań alternatywnych i z doświadczenia wiem, że ZAWSZE DA SIĘ.

Kolejny argument za szukaniem oszczędności jest taki, że obniżają ryzyko finansowe do zera, co dla osoby, która naprawdę nie ma hajsu, może mieć duże znaczenie. Porównajcie kolumny dla „100” w obu tabelkach.

W kolejnych tygodniach będę dalej interpretował dane z tabelek. Zbyt dużo wniosków się nasuwa, by zmieścić je w jednym poście. Mam nadzieję, że moje kulawe wyliczenia pobudzą jakąś dyskusję. Jestem otwarty na bashowanie: jeżeli gdzieś się ewidentnie pomyliłem, korygujcie proszę.

Pozdrawiam! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Zdjęcie: www.bleedingcool.com