Trzeba być szczerym: jeżeli zależy ci przede wszystkim na tym, by dotrzeć ze swoimi książkami do jak największej liczby osób, lepiej odpuść sobie indie i uderzaj do tradycyjnych wydawców. Im większy wydawca, tym lepiej.

Tradycyjni wydawcy mają wychodzone ścieżki do wszystkich mediów, blogerzy sami się do nich pchają, recenzje, wywiady i spotkania autorskie też mają ogarnięte, nie mówiąc już o opłaconym haraczu za ekspozycję w sieciach księgarskich. Tam, nawet jeżeli twoja książka nie wykręci bestsellerowej sprzedaży, weźmie ją do ręki, a przynajmniej zauważy naprawdę dużo ludzi. Z wydawcami, rzeczywiście, masz szansę być wszędzie.

Niestety, jak to w życiu, coś za coś. Jeżeli nie nastąpi jakaś koniunkcja sfer, kiedy milion rzeczy, na które nie masz żadnego wpływu, zadziała jak należy i staniesz się gwiazdą na miarę Katarzyny Bondy, to, de facto, zgadzasz się na żywot pisarza hobbysty. Poświęcasz kasę z książek w zamian za ich szerszą ekspozycję i to, że więcej osób będzie kojarzyć twoje nazwisko. Wszystko jest kwestią priorytetów.

Moim priorytetem jest żyć z pisania i jestem święcie przekonany, że uda mi się to osiągnąć prędzej, kiedy będę wydawał samego siebie. Ten model biznesowy zakłada pisanie dużej ilości książek tak, bym nie musiał sprzedawać dużych nakładów każdej z nich. Na dobrą sprawę wystarczy mi tysiąc osób, które kupiłyby wszystko, co napiszę, a już jestem w domu. Innymi słowy, nawet w polskich realiach można być dobrze funkcjonującym, zawodowym pisarzem i de facto być kompletnie nieznanym.

Wychowanie sobie tysiąca wiernych czytelników bez dostępu do tradycyjnego modelu dystrybucji, to prawdziwy test dla cierpliwych. Uzyskanie patronatów i recenzji jest mocno utrudnione, a reklama internetowa, choć tania, to nie to samo, co fizyczny kontakt z książką w księgarni. Ceną za wybranie drogi indie jest więc zgoda na wieczne życie w podziemiu niczym Gollum 🙂 Nawet gdybym odniósł naprawdę duży sukces jako indyk, to w życiu nie ściągnę na siebie tyle uwagi, co tradycyjnie wydani autorzy.

Grunt to zdawać sobie sprawę z tych rzeczy przed podjęciem decyzji i zapytać siebie, ale tak szczerze, co cenisz bardziej: pieniądze czy sławę? Może sława to zbyt duże słowo: po prostu chcesz potwierdzenia, że jesteś dobrym pisarzem? Szukasz akceptacji? Chcesz stać się integralną częścią fanowskiego środowiska? Chcesz, by twoje nazwisko wymieniano kiedyś jednym tchem z twoimi obecnymi idolami? A może sam chcesz stać się dla kogoś wzorem do naśladowania? Chcesz zaspokoić swoja ambicje? Może próżność? Rozmawiasz teraz sam ze sobą, więc nie oszukuj się, niskie pobudki to też pobudki 😉

Skłamałbym, gdybym powiedział, że te wszystkie rzeczy się dla mnie nie liczą. Pewnie, że się liczą! 🙂 Ale coś innego liczy się dla mnie dużo bardziej. Przekonaj się i ty, robiąc sobie prosty test.

Test. „Po co, tak naprawdę, piszesz?”

Wyobraź sobie dwie sytuacje:

  1. Jesteś docenionym pisarzem. Zarówno fani jak i krytycy chwalą twoją prozę, akceptują cię, zapraszają na konwenty, wymieniają jednym tchem z twoimi wcześniejszymi idolami, młodzi adepci wpatrują się w ciebie jak w obrazek. Ale jesteś pisarzem-hobbystą. Zarabiasz z książek zbyt mało, musisz chodzić do normalnej pracy i piszesz po nocach.
  1. Jesteś pośmiewiskiem środowiska. Wszyscy uważają cię za grafomana-wyrobnika, mieszają twoje książki z błotem, jadą cię w internecie, nie zapraszają na konwenty, jesteś po prostu pisarskim pariasem. Natomiast tak się składa, że masz skromne, ale wierne grono fanów, dzięki którym żyjesz sobie z pisania całkiem nieźle.

Teraz wyobraź sobie, że możesz zaprogramować swoją przyszłość. Który scenariusz wybierasz? Nie ma ściemniania, możesz wybrać TYLKO JEDEN 🙂 Wybrałeś? No to masz odpowiedź na swój dylemat. Jakby ktokolwiek potrzebował wyjaśnień ( 😉 ) to wariant pierwszy oznacza, że bardziej cenisz sobie sławę, a wariant drugi, że bardziej cenisz pieniądze.

Jeżeli chodzi o mnie, to wybieram wariant drugi, all the way. Perspektywa tego, że robię zawodowo to, co najbardziej lubię, bije na głowę wszystko inne. Byłbym spełnionym człowiekiem. Wolę pisać dla małej grupy i żyć z tego niż zbierać laury i musieć przez osiem godzin dziennie robić coś innego. Wiadomo, że życie może się ułożyć tak, że dostanie się to, co najlepsze lub to, co najgorsze z obu scenariuszy, ale nagroda z drugiego wariantu znaczy dla mnie tyle, że jestem skłonny zaryzykować.

A jeżeli chodzi o opinie środowiska i krytyków, to pozwolę sobie zacytować tekst z „Wiedźmina 3: Serca z Kamienia”. „Szczerze mówiąc… mam te wasze żale w dupie. I to tak głęboko, że trzeba by sztygara z Mahakamu, żeby się do nich dokopać”.

Pozdrowasy 😉

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

 

Zdjęcie: wallpaper-gallery.net