Dziś refleksje na temat tego, jak mi się pisało moją pierwszą książkę.

  1. Progresja frajdy

Po euforii, która towarzyszyła napisaniu pierwszego rozdziału, nastąpił poważny dołek psychiczny. Świadomość tego ile jeszcze przede mną, wielkość przedsięwzięcia i jego skala przytłoczyły mnie. Miałem niby plan powieści, miałem niby świadomość, że nawet słonia da się zjeść, biorąc spokojnie jednego gryza po drugim przez odpowiednio długą ilość czasu, ale… łatwo powiedzieć.

Jak dotąd pisałem tylko opowiadania, a najdłuższą rzeczą, nad którą siedziałem, był pisany dwunastozgłoskowcem poemat fantasy, który pisałem miesiąc. Byłem przyzwyczajony do szybkiej gratyfikacji i pisania w jednej długiej sesji od początku do końca, a w przypadku powieści nie ma o czymś takim mowy. Piszesz i piszesz i cały czas masz wrażenie, że stoisz w miejscu. A kiedy dołożysz do tego wciąż powracające myśli, że to, co tworzysz, to dymiąca kupa gówna, to powstaje milion wygodnych wymówek, by rzucić to wszystko w cholerę i zająć się hodowlą jedwabników 🙂

Nadszedł jednak magiczny moment, kiedy spojrzałem na licznik słów i stwierdziłem: „o kurcze, przekroczyłem połowę zakładanej długości!”. Od tamtej pory byłem już pewny, że skoro mam bliżej niż dalej, to na pewno skończę. Kamień spadł mi z serca i zacząłem się faktycznie cieszyć samym procesem, im bliżej końca, tym większą miałem frajdę. Niestety przy ostatnich dwóch rozdziałach okazało się, że…

  1. Wszystkie strachy są prawdziwe

Mam na myśli strachy towarzyszące kończeniu książki, które opisałem TUTAJ. Wydawało mi się, że mnie to nie dotyczy. Gówno prawda. Przerobiłem prawie wszystkie strachy z listy. Dwa ostatnie rozdziały pisałem zdecydowanie najdłużej. To była prawdziwa gehenna. Na szczęście stan psychiczny w trakcie nie ma kompletnie nic wspólnego z efektem końcowym pisania.

  1. Rozwlekłość

Okazuje się, że nie potrafię pisać krótko i oszczędnie. Cóż, kwestia stylu. Kiedy przekroczyłem połowę zakładanej długości książki okazało się, że wyczerpałem dopiero 25% planu 😀 Co tu zrobić? Pisać knigę, którą będzie można zabić człowieka, czy uciąć historię w połowie? Wybrałem opcję drugą: znalazłem moment, w którym we wszystkich wątkach napięcie rośnie do poziomu cliffhangera i zrobiłem „ciach”.

Mam szczerą nadzieję, że moja rozwlekłość nie oznacza nudy. Starałem się, by każda scena miała swoje własne progresje napięcia, punkty kulminacyjne i cliffhangery. Jest wielce prawdopodobne, że po prostu tworząc plan przeliczyłem się, myśląc, że uda mi się zmieścić tak wielką historię w normalnej objętości i że z książką jest wszystko w porządku. Na to pytanie będą musieli mi już odpowiedzieć czytelnicy.

  1. Prokrastynacja to suka

Jestem zawodowym opierdalaczem, mistrzem w mordowaniu czasu i wynajdowaniu głupot, które mnie odciągały od pisania. Przy ostatnich dwóch rozdziałach przechodziłem samego siebie, bez kitu. Dlatego mimo że książka ma 250-300 stron, pisanie jej zajęło mi cały rok, kiedy powinno maksymalnie 4 miesiące. Owszem, po drodze wpadło kilka opowiadań, dwa poematy, ale to żadne tłumaczenie. Opierdalałem się. Bezwstydnie.

Dlatego najważniejszym wyzwaniem dla Eksperymentu Indie w 2017 roku jest wprowadzenie i ugruntowanie dyscypliny: minimum 800 słów dziennie. Kiedy to się uda, reszta pójdzie z górki.

Podsumowanie:

Pierwsza powieść była, jak dotąd, moim największym pisarskim wyzwaniem. Czy jest dobra? Z pewnością to najlepsza książka jaką, na chwilę obecną, jestem w stanie napisać. Włożyłem w nią całe serce i starałem się zastosować całą wiedzę, jaką miałem, o budowaniu historii i postaci. Czy wyszło – to już wy mi powiedzcie. Książek idealnych nie ma 🙂

Postawienie ostatniej kropki dało mi mega pewność siebie. Skoro zrobiłem to raz to mogę kolejny. Będzie mi na pewno szło dużo łatwiej i bez sztucznej presji, którą poprzednio sam na siebie nałożyłem.

Przy okazji, bez zbędnych ceregieli zacząłem już kolejną książkę. Będzie to, dla kontrastu, najbardziej prostackie i siermiężne fantasy na świecie, przy którym Conan Barbarzyńca to szczyt wyrafinowania. Mam ochotę odmóżdżyć się i porzezać trochę smoków 🙂

Pozdrawiam!

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz