To była jedna z najbardziej popapranych akcji w moim życiu 😀 Kręcenie krótkometrażowego filmu w 48 godzin. Oto efekt:

Czym jest 48 Hour Film Project?

Dla niewtajemniczonych: 48 Hour Film Project (48HFP) to najstarszy i największy międzynarodowy konkurs filmowy, w którym należy napisać, nakręcić, zmontować i złożyć 4-7 minutowy film w 48 godzin. Szczegóły znajdziecie na stronie głównej festiwalu oraz na stronie polskiej edycji.

Kolega Robert, który w poprzednim roku był członkiem dość licznej ekipy, tym razem chciał mieć nieco większy wpływ na całokształt, zwłaszcza od strony operatorskiej i zaczął montować własną drużynę. Wiedział, że piszę i spytał, czy bym dołączył. Stwierdziłem, że takie doświadczenie może mi się kiedyś przydać.

Ogólnie było nas czterech: ja (scenariusz i reżyseria), kolega Robert (producent, operator, montażysta), kolega Piotr (dźwięk, montaż) i kolega Łukasz (jedyny z jakimkolwiek doświadczeniem aktorskim). W ramach festiwalu działało dość prężne pogotowie castingowe, ale celowaliśmy w samowystarczalność.

Aby nikt nie oszukiwał i nie przygotował się zanadto przed czasem, na początku weekendu filmowego, w piątek o 19tej losuje się elementy, które muszą być zawarte w filmie. I tak:

Obowiązkowe ujęcie Warszawy

Imię / nazwisko / zawód postaci: Adrian(na) Delfin, projektant(ka)

Rekwizyt: cebula

Linijka tekstu: „Idę prosto tylko jak mam dobry humor”

Gatunek filmowy: losuje się z dwóch pul, potem można już wybrać sobie jeden gatunek z wylosowanych dwóch. Nam przypadł „film de femme” i „film wakacyjny”.

Walka z czasem

Na film de femme (film z mocną postacią kobiecą w głównej roli) mieliśmy nawet dobry pomysł, ale wymagał on zbyt wiele załatwiania (nie mówiąc o kluczowej kwestii: załatwienia dobrej aktorki do roli głównej) i ryzyko, że się nie wyrobimy, było zbyt duże. Postanowiliśmy skupić się na filmie wakacyjnym, zwłaszcza, że kolega Robert dysponował domkiem nad jeziorem, który pasował w sam raz jako plener. Niemal wszyscy byli tam już kilka razy, co ułatwiało wiele. Doszło nam jednak kolejne obostrzenie do tych wylosowanych: miejsce akcji.

Jezioro Łąkie

Plener znajdował się nad Jeziorem Łąkie (ok. 150 km od Warszawy) więc dogadaliśmy, że zbieramy się u mnie i przed wschodem słońca o 5 rano jedziemy, by mieć cały dzień na zdjęcia. Z kolegą Robertem uzgodniliśmy streszczenie, które przedstawiliśmy reszcie do akceptacji, po czym on poszedł w kimę, a ja zasiadłem do pisania. Skończyłem scenariusz ok. 4 nad ranem, a kwadrans później zameldował się już pierwszy kolega 😛

Innymi słowy nie zmrużywszy oka musiałem prowadzić auto 😀 Ciemno jak w dupie, jak na złość piździło żabami, myślę sobie „nie no, masakra, to jakieś nieporozumienie, przecież tam będzie jedno wielkie błoto, warunki nie do przyjęcia”. Całe szczęście w połowie drogi zaczęło się wypogadzać, a na miejscu nie było nawet śladu deszczu! 🙂

Kolega Robert, a w tle Jezioro Łąkie

Zdjęcia trwały od 8-mej rano do 22-giej (nadal zero snu, ofkors), bo mieliśmy też nocne sceny, potem jechałem kolejne 150 km z powrotem 😀 Po północy, na dobitkę, zdjęcia u mnie w mieszkaniu (nie chcieliśmy marnować dziennego światła na kręcenie wnętrza) i dopiero ok. 2-giej w nocy położyliśmy się na… 3 godziny. Wtedy to wstał kolega Piotr, by zacząć premontaż i było pozamiatane: nikt się już nie położył, adrenalina była zbyt duża.

A, zapomnielibyśmy o ujęciach Warszawy! Kolega Robert przejął premontaż, a ja i kolega Piotr pojechaliśmy nakręcić jakieś ładne obrazki. Niestety akurat tej niedzieli był (chyba) Maraton Warszawski, więc wszystkie najpiękniejsze ulice i mosty poblokowane, znowu jazda opłotkami… a że nie wolno w zdjęciach zawrzeć żadnego brandingu to zdjęcia Warszawy wyszły… średnie 😛 Gdy wróciliśmy, premontaż był gotowy i obaj panowie wzięli się za właściwy montaż, a ja zająłem się wyszukiwaniem muzyki pod poszczególne sceny.

Kolega Robert udaje, że zna tekst na pamięć, kolega Łukasz udaje, że o 2 w nocy go to obchodzi, a kolega Piotr patrzy i oczom nie wierzy 🙂

Film oddaliśmy na pół godziny przed terminem, z jęzorami na brodach, a okazało się… że byliśmy jednymi z pierwszych 😀 Na pięć minut przed końcem zaczęło się istne pandemonium, ludzie tratowali się w przejściu z laptopami pod pachą, na których jeszcze renderowały się filmy… no cyrk 😀

Walka z samym sobą i sobą nawzajem

Nie przypuszczałem, że jestem w stanie (chłopaki też, ofkors) funkcjonować tak długo bez snu na tak laserowym poziomie skupienia, to było niesamowite. Wszystkie zmysły na maksa, procesy myślowe na maksa, koncentracja na maksa, wszyscy czterej jak oddział komandosów: mamy misję i choćby się miało palić i walić, to ją wykonamy. Było w tym jakieś takie poczucie braterstwa broni 😛

Ale żeby nie odpłynąć w farmazon: były w ekipie dosyć mocne tarcia, bo okazało się, że nie tylko ja mam aspiracje, by być reżyserem 😉 Były konkretne zgrzyty co do kierunku, w którym ma iść film, zarówno przy wymyślaniu założeń jak i potem, podczas zdjęć. Były i kłótnie i fochy i „rzucanie papierami”, na szczęście nie poszło na noże. Prędzej czy później zawsze ktoś znajdował w sobie rozsądek, albo był już zbyt zjechany by się upierać.

Kolega Piotr wyrzuca z siebie frustrację, a kolega Robert nawet na to nie ma siły 🙂

Po oddaniu filmu miałem największy w życiu zrzut adrenaliny… Jakby ktoś nagle wyrwał mi wtyczkę z pleców. Ale byłem już po drugiej stronie: zbyt zmęczony, by spać. Po praktycznie 60 godzinach bez snu musiałem się urżnąć piwem, by zasnąć.

Następnego dnia nadal nie mogłem przestać myśleć o tym, co się wydarzyło w weekend, a im więcej myślałem, tym bardziej się nakręcałem. Do tego stopnia, że pod wieczór zacząłem czuć kłucie w sercu, bałem się, że dojedzie mnie zawał 😀 Dopiero gdzieś w środę, trzeciego dnia po konkursie, wszystko wróciło do normy.

Dobra, bo się rozpisuję 😛 Reszta TUTAJ.

Pa! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz