Jęczydupy kontrują, że raperzy (i muzycy w ogóle) nie zarabiają na sprzedaży płyt, tylko na koncertach. Płyty są tylko pretekstem, by pojechać znów w trasę, bo to w koncertach są pieniądze. Pisarz koncertu nie zagra: jest uzależniony od sprzedaży książek, a te, jak wiadomo, się nie sprzedają i w ogóle chujnia, dno i dwa metry mułu i o Jezu i o Boże…

Ech.

To prawda. Zdaję sobie sprawę, że ten argument ma swoją wagę. Spójrzmy na to jednak z innej strony.

Stworzenie tekstów, muzyki, skoordynowanie pracy producentów, zorganizowanie studia, masteringu, oprawy graficznej itp, to dużo większy wysiłek organizacyjny niż stworzenie książki. Wiem, bo sam nagrywałem. Muzycy wydają więc z reguły jedną płytę na rok, a i wtedy uchodzą za płodnych (z reguły płyta wychodzi raz na dwa lata). Po wydaniu płyty skupiają się na koncertach właśnie, bo tam są frukty. Płyta to jakieś 20% czasu i wysiłku, a koncerty 80%. No dobra, inne obowiązki przy prowadzeniu labelu to, powiedzmy 20%, wiec dodajmy i mamy okrągłe 120% 😀

Jak wielokrotnie wspominałem, jestem na początku swojej drogi i posty na moim blogu to spekulacje pisarskiego zapaleńca, pisane, zapewne, w różowych okularach. Zakładam jednak, że czytelnicy mają swój rozum i WSZYSTKO co czytają (nie tylko mnie) przesiewają przez filtr krytyki. Przejdźmy zatem do mojej riposty.

Pisarz może (i powinien) inwestować 100% czasu z dostępnych 120% [ 😉 ] w tworzenie nowych książek. Po prostu. Ekwiwalentem koncertów może być dużo większa ilość wydawanych dzieł.

Dużo mądrzejszy będę na początku 2018 roku, kiedy okaże się, jak poradziłem sobie z pierwszym rokiem „indie eksperymentu”. Jeżeli się okaże, że pracując na pełen etat i siedząc po nocach uda mi się napisać trzy powieści po 50 tysięcy słów każda, to sorry, jęczydupy, ale wasze argumenty będzie można wsadzić sobie w ogon.

Pomyślcie. Jeżeli napiszę trzy książki „po godzinach”, to aż strach pomyśleć, ile książek byłbym w stanie napisać gdybym nie pracował na pełen etat! Myślę, że udało by mi się podwoić czas poświęcany na pisanie (bo tempa przecież nie podwoję) i wypuszczać sześć tytułów rocznie. Aby żyć na poziomie średniej krajowej, wystarczyło by mi wtedy sprzedanie po 500 sztuk każdego tytułu w ciągu roku, a co jeżeli, nie daj Bóg, sprzedawałbym więcej? Górnej granicy przecież nie ma.

Zatkało kakao? 😀

Powiecie, że to niemożliwe. Guzik prawda. Remigiusz Mróz wypuszcza trzy książki rocznie rokrocznie, a z tego, co mówi w wywiadach wynika, że drugie tyle ląduje w szufladzie, bo wydawnictwa, z którymi współpracuje, nie są w stanie wydolić. Tak, dobrze słyszeliście: wydawnictwa SPOWALNIAJĄ pisarzy, bo ich kalendarze wydawnicze nie są z gumy.

Jeśli ktoś zacznie zaraz zrzędzić, że skoro pisarz pisze dużo, to znaczy, że na odpierdol i chujowo, to słowo daję: pierdyknę krzesłem przez łeb. Remigiusz Mróz, heloooł??? Jeżeli waszym zdaniem Mróz pisze chujowo, to możemy od razu zakończyć rozmowę.

O relacji ilości do jakości będzie odrębny cykl postów. Zapraszam od razu do lektury, bo będziemy rozprawiać się z masą mitów, jakie narosły wokół tego tematu. Będzie grubo! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.mathbabe.files.wordpress.com