Indie publishing stanowi promil promila rynku księgarskiego w Polsce, co wcale nie oznacza, że nie występuje w naszym kraju w ogóle. Polski rap to w większości indie publishing. W najbliższych tygodniach przyjrzymy się temu, jak funkcjonuje w Polsce branża hiphopowa i spróbujemy się zastanowić, które mechanizmy dało by się przeszczepić na rynek książki.

Najpierw fakty. Rap jest, po disco polo, najpopularniejszych gatunkiem muzycznym w Polsce. Ma ok. 25% udziału w rynku i widać to wyraźnie na OLIS-ie. Największe rap-wytwórnie płytowe to prężnie działające przedsiębiorstwa, współpracujące z największymi hurtowniami i firmami dystrybucyjnymi (także tzw. „majorsami”, czyli międzynarodowymi konglomeratami fonograficznymi). Większy rozmach w działaniu nie zmienia faktu, że są to w dalszym ciągu wydawnictwa indie: ich założyciele wydają sami siebie i wszyscy, bez wyjątku, zaczynali od inicjatywy kilku zapaleńców siedzących w kanciapie 😉

Jeden rzut oka na krajobraz hiphopowy w Polsce i od razu narzuca się pierwsza nauka, którą pisarze powinni wziąć sobie do serca:

  1. Każdy, kto ma trochę oleju w głowie i minimalną grupę fanów, którzy pozwalają przeżyć, od razu idzie na swoje.

Zdecydowaną większość rap-wytwórni płytowych prowadzą raperzy, którzy są także częścią własnego katalogu wydawniczego. Popatrzmy na największych:

Prosto – Sokół

Wielkie Joł – Tede

RPS Enterteyment – Peja (on wydaje w Fonografice, ale jest właścicielem RPS)

SB Maffija Label – Solar i Białas

Szpadyzor – Gural

StoProcent – Wini

Que Quality – Quebonafide

MaxFlo – Rahim

Hemp Rec. – Hemp Gru

Alkopoligamia – Ten Typ Mes

Jedyne liczące się labele, których nie prowadzą raperzy, to Step Records (założony przez właścicieli skate shopu Step), Asfalt (właścicielem jest Tytus, menedżer hiphopowy) i Urban Rec.

Kolejny argument za tym, że w indie publishingu są pieniądze, to fakt, że kiedy tylko podopieczni powyższych wytwórni zaczynają jako tako funkcjonować, od razu odchodzą i zakładają własny mikro-label: że wymienię tu tylko Kękę (Takie Rzeczy), VNM’a (DeNekstBest), Miuosha (Fandango), Borixona (NewBadLabel), Pezeta (Koka Beats) czy Piha (Pihszou). Ruch ten argumentują zawsze tak samo: z obcym labelem nie zarobisz. Podobnie jak z wydawnictwami książkowymi 😉

Wniosek? Wytwórnie płytowe zamieniają się w inkubatory dla relatywnie nowych artystów, którzy wyfruwają od razu po uzyskaniu względnej niezależności i przewiduję, że w przyszłości taki sam los czeka tradycyjne wydawnictwa książkowe (przynajmniej do pewnego stopnia).

Ciąg dalszy w poniedziałek 🙂

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.tsmstudio.com