Jak pewnie zauważyliście, w tabelce z zeszłego tygodnia nie ma słowa o kosztach tradycyjnej dystrybucji. To prawda. Bo i nie jest to gra warta świeczki dla początkującego indie publishera. Żeby znaleźć się na półce w dużej sieci księgarskiej (Empik w tytule jest tylko symbolem, sorry Empik ;)), trzeba przeskoczyć przez zbyt wiele obręczy i pójść na ryzyko, które nie jest warte straconych pieniędzy i nerwów.

Po pierwsze, duże sieci handlowe korzystają z usług tylko największych hurtowni (np. Empik – pięciu). Te hurtownie z kolei nie wchodzą w deale z wydawnictwami, które nie są w stanie zapewnić im obrotu (czyli dostarczyć przynajmniej kilku pozycji rocznie). Innymi słowy, początkujący indie publisher nie ma na to najmniejszych szans, przynajmniej dopóki nie ma za pasem konkretnego katalogu i planów wydawniczych.

Załóżmy jednak, że masz potencjał, by wejść do hurtowni: zakładasz przedsiębiorstwo, bierzesz kilku autorów pod swoje skrzydła, układasz plan wydawniczy i atakujesz. Musisz wtedy jednak zainwestować kasę w cały nakład z góry, oddać go w komis i trzymać kciuki, bo reszta procesu jest kompletnie poza twoją kontrolą. Nie wiesz, czy twoje książki znajdą się fizycznie na półkach, czy będą zalegać w magazynach i pompować stock detalisty, by dostał większy zwrot VAT’u (przykład hardkorowej historii TUTAJ). Z tego, co mówią internety, nawet miejsce na półkach kosztuje…

Do tego dochodzą skandaliczne terminy płatności faktur, dochodzące i do dziewięciu miesięcy. Mikro biznes, taki jak twój, nie ma wystarczającej poduszki finansowej, by przetrwać takie wahania płynności.

Najgorsze jednak, że obecność w dużej sieci nie zapewni ci sprzedaży. W przypadku początkującego, wtopa finansowa jest więcej niż prawdopodobna. To chyba jedyny scenariusz, kiedy związanie się z tradycyjnym wydawcą może ci się opłacić: gdy jesteś totalnym debiutantem, niezdolnym sprzedać na własną rękę pięciuset sztuk książki i potrzebujesz ich zasięgu jako słupa reklamowego. Musi być to jednak okupione pewnymi warunkami, ale to temat na osobny wpis.

Tymczasem pozostaje Ci budowanie w internecie społeczności wokół swojej twórczości. Jest to proces żmudny i wieloletni, w którym nie ma żadnych magicznych sztuczek. Liczy się cierpliwość oraz, przede wszystkim, jakość twojej pracy. Zajebiste książki zawsze się przebiją. Prędzej czy później.

Kiedy już jednak oderwiesz się od ziemi i posiądziesz wystarczający kapitał, by przestoje płatnicze cie nie dusiły, wtedy startuj śmiało do sieci księgarskich. Nie musisz becelować za ekspozycję: w końcu rozbujałeś wokół siebie pokaźną społeczność w internecie, której wystarczy nawet dostępność na stronie internetowej dużej sieci handlowej. Twój zysk, jako wydawcy, w dalszym ciągu będzie przyzwoity (ok. 1/3 ceny okładkowej książki).

To jednak, z punktu widzenia początkującego indie publishera, przyszłość tak odległa, że wydaje się być wróżeniem z fusów.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Zdjęcie: www.screennetwork.pl