Jeżeli piszesz pierwszą książkę, najlepiej napisać plan, a potem go olać. Serio.

Książka może wydawać się mega wyzwaniem. Stopień skomplikowania intrygi wielokrotnie przewyższa ten z opowiadań. Pisanie w ciemno jest ryzykowne: co jeżeli zapędzisz się w miejsce, z którego nie będzie wyjścia?

Z tego powodu plan pierwszej powieści jest pożyteczny. Daje ci poczucie, że ogarniasz historię, że wiesz, mniej więcej, jaka powinna być sekwencja scen. Daje pewność siebie, jest swoistym drogowskazem w mroku.

Potem siadasz do pisania. I konspekt stopniowo zaczyna cię wkurwiać. Przychodzą ci do głowy dużo lepsze pomysły niż te w konspekcie. Czujesz się uwiązany, a pisanie nie jest już taką frajdą, bo przecież znasz zakończenie 🙂

Zaczynasz więc odchodzić od planu. Zresztą, to nieuniknione. Konspekt jest zbyt ogólny, a w trakcie właściwego pisania, detale decydują o kierunku, który jest najwłaściwszy. Wciąż jednak pamiętasz najważniejsze punkty fabuły z konspektu i choć odlatujesz w różnych kierunkach, zwiedzasz atrakcje na trasie, idziesz cały czas do przodu.

Po jakimś czasie nawet nie zaglądasz do konspektu, bo po co? Wiesz, na oko, co się ma wydarzyć, jakbyś miał w głowie streszczony plan w kilku zdaniach, które i tak nie są wiążące. Kto wie, może gdzieś po drodze zmienisz zakończenie? Na bank będzie lepsze od tego w konspekcie.

Dlaczego tak się dzieje? Konspekt powieści powstaje w racjonalnej, lewej półkuli mózgu. Kalkulujesz, co będzie miało sens. Natomiast pisanie, przynajmniej to dobre, powstaje w prawej, kreatywnej półkuli mózgu. Umówmy się, prawa półkula dużo lepiej opowiada historie niż lewa.

Co zrobić, kiedy zaczynasz ostro skręcać? Olać plan! Zaufać samemu sobie. Skoro napisałeś kilkadziesiąt/set stron, to dalej też dasz sobie radę. Jeżeli jednak na siłę potrzebujesz drogowskazu, to zmień plan. Nie zmieniaj swojej historii, by pasowała do planu. Zmień plan, by pasował do obecnej wersji twojej historii.

A teraz strzał w kolejny mit, który wyszedł z lektury wielu zachodnich blogów. Większość pisarzy nie tworzy konspektów powieści, chyba że jest to tzw. „pitch” dla wydawcy, zajawka, która ma doprowadzić do podpisania kontraktu na książkę. Sprzedadzą pitch, a dalej jadą już z głowy. Pisarze z nazwiskiem nie potrzebują już pitchy, wydawcy wezmą wszystko, cokolwiek napiszą. Pisarze jadą więc na freestylu. Bawią się! Ich samych zaskakują punkty zwrotne i zakończenia ich powieści, bo często są spontaniczne. Jest więc duża szansa, że czytelnicy odczują te same emocje podczas lektury.

Kiedy ktoś ma wystarczające doświadczenie i zaufanie w swoje umiejętności, konspekt powieści nie jest mu potrzebny. No, chyba że tworzy powieść historyczną pełną odniesień do autentycznych wydarzeń, albo wielowątkowe epickie fantasy jak George R.R. Martin. Nawet wtedy tzw. konspekt to po prostu zbiór notatek, który ma pomóc w tym, by autor sam się nie zamotał w świecie, który stworzył, czyli jest to bardziej działalność reaktywna niż aktywna.

I bardzo dobrze. Po co samemu odbierać sobie frajdę z pisania własnej książki?

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Zdjęcie: www.pcwallart.com