Na początek najważniejsze, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie liczy się długość książki, a jej zawartość. Książka powinna być dokładnie tak długa, jak wymaga tego opowiedzenie historii do końca. Kropka.

Optymalna długość książki nie istnieje, istnieje za to standard, do którego przyzwyczajeni są czytelnicy. Standard ten to ok. 90 tysięcy słów, czyli średnio czterysta stron z okrawkiem. Książki spasły się dwukrotnie w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, o czym pisałem TUTAJ.

O ile powieści historyczne i fantasy/sf rządzą się swoimi prawami i potrzebują miejsca, by wiarygodnie odmalować alternatywne realia, to w przypadku pozostałych gatunków nie jestem przekonany. Czy za zwiększeniem grubości książek poszła do góry także ich jakość? Bardzo wątpliwe, by pisarze nagle nauczyli się pisać lepiej. Z kolei ci, którzy pisząc książki byli związani deadlajnem i minimalną grubością, z pewnością nauczyli się je „rozciągać”, pakując między słowa zbędną watę. Nie słyszałem, by w Polsce wydawcy narzucali minimalne wymogi objętościowe, natomiast nasz rynek podąża krok w krok za zachodnimi trendami i „tycie” książek również daje się zauważyć.

Dochodzimy do dylematu indie publishera. W jaką długość książek celować, by wydawać ich jak najwięcej, a jednocześnie zachować zdrową relację objętość/cena?

Szukałem dla siebie właściwej niszy i doszedłem do wniosku, że najlepszym wyjściem dla mnie jest powrót do połowy XX wieku i czasów paperbacku, albo, patrząc z polskiej perspektywy, do lat 90-tych. Książki były wtedy dostępne na każdym rogu, były tanie i traktowane jak coś normalnego, a nie odświętnego. Były produktem masowym, który nosiło się w tylnej kieszeni a po przeczytaniu zostawiało w parku na ławce, zamiast chuchać i dmuchać, jak teraz, ponieważ książki są tak drogie.

Z tego względu ustaliłem optymalną długość moich powieści na 50 TYSIĘCY SŁÓW, czyli nieco więcej od dolnej granicy ustalonej przez Science Fiction and Fantasy Writers of America (40 tysięcy słów) i na granicy limitu słów National Novel Writing Month.

Dlaczego akurat 50 tysięcy słów?

Po pierwsze: liczba ta wpisuje się idealnie w mój roczny target 200 tysięcy słów. Po odjęciu wpisów blogowych (50 tysięcy słów w roku), zostaje 150 tysięcy, czyli jak w pysk strzelił trzy książki rocznie. Innymi słowy, w ramach „Eksperymentu Indie” mam zamiar napisać 15 książek. Myślę, że to minimalna ilość, by móc przekonać się czy efekt kuli śniegowej rzeczywiście działa i czy wydawanie książek na własną rękę ma sens ekonomiczny.

Po drugie: obrotowość. Z 50 tysięcy słów można zrobić zarówno twarde, „sklepowe” wydanie na 300 stron jak i kieszonkowego paperbacka na 200 stron i w obu wydaniach książka będzie prezentować się dobrze.

Po trzecie: mam krótka cierpliwość i szybko się nudzę. Pisanie krótkich, jak na dzisiejsze standardy, książek sprawi, że cały czas będę podjarany procesem twórczym i będę wyraźnie widział progres.

I po czwarte, najważniejsze: krótkie książki pomogą w zachowaniu pierwszego przykazania pisarzy: „po pierwsze – nie pierdol” 😀

Bogiem krótkich książek jest dla mnie Jack Ketchum. W ogóle Jack Ketchum jest dla mnie najlepszym pisarzem horrorów wszechczasów, po nim długo długo nic, a potem King i reszta.

Ketchum vs King to dobre zestawienie: pierwszy rzadko wychodzi ponad 250 stron, drugi pisze cegły i moim zdaniem przegrywa z kretesem, choć też go lubię. Jack Ketchum jednak przeraża prawdziwie, do głębi. To jedyny pisarz, przy którym co kwadrans mówiłem „nie no, kurwa, to mnie przerasta, nie dam rady”, a po chwili „MUSZĘ wiedzieć, co będzie dalej”. Czytanie było jednocześnie traumą i ekstazą.

Jack Ketchum to ideał, do którego chciałbym dążyć, nie tylko w horrorze. Uosabia 100% cukru w cukrze, trafianie w sedno od pierwszej strony i trzymanie za gardło do ostatniej. Czytelnicy mają w dupie to, że pisze krótko, bo nie mogą zapomnieć tego, co napisał.

Chciałbym, by ktoś kiedyś i o mnie tak powiedział.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.awfulbooks.com/