Oprócz „skąd brać pomysły” jest to chyba najczęściej zadawane pytanie. Odpowiedź nie istnieje, a ganianie za trendami jest nie tylko szkodliwe, ale i z góry skazane na porażkę.

Widzisz w księgarni jakiś gorący tytuł (albo kolejkę podobną do tej na powyższym zdjęciu, po premierze „Harry’ego Pottera i Insygniów Śmierci”) i chcesz załapać się na modę. Licz rok na napisanie i akceptację wydawnictwa (optymistycznie), plus dwa lata średniego trwania cyklu wydawniczego. W sumie trzy. W tym czasie moda dawno przeminie i jesteś w dupie. Sorry, kseroboju.

Ale sekundę: przecież mogę wydać książkę sam, wtedy będzie szybciej, prawda? Teoretycznie tak. Może nawet ci się uda i wpadnie trochę grosza. Niemniej jednak nie warto. Oto dlaczego:

  1. Książki kserujące trendy mają najkrótszy żywot ze wszystkich i najszybciej lądują w koszach z przeceną. Kiedy moda mija, nikt do nich nie wraca, bo niczego nie wnoszą. Są jak pieluchy jednorazowe. Książki oryginalne, które wyróżniają się na tle innych, możesz wznawiać w nieskończoność. Mogą przynosić ci zyski latami.
  1. Xero-książki zwykle są po prostu chujowe. Nie tylko dlatego, że bezczelnie zrzynasz czyjeś patenty. Są do dupy, bo widać, że robisz coś na siłę, bez przekonania. No bo sorry, naprawdę mamy uwierzyć, że, powiedzmy, wampirze romanse tak zawładnęły twoim sercem, że nagle masz ochotę je pisać? Tak serio serio? Ryli? Ta. Eee…mmm…ble.
  1. Xero-książki rujnują twoją reputację. Kiedy kilkakrotnie zrobisz taki manewr i przylgnie do ciebie łatka kseroboja, będziesz musiał napisać drugie tyle książek, albo i więcej, żeby zdjąć z siebie to odium. To będą chuuude lata, w których prawdopodobnie stracisz wielokrotnie więcej niż zarobiłeś jako pisarz-oportunista.
  1. Rozmieniasz się na drobne. Nawet te nieliczne xero-książki, które mają wystarczającego fuksa, by załapać się na hype, i tak sprzedają się wielokrotnie gorzej niż ich pierwowzór. Jeżeli myślisz, że zarobisz kokosy idąc za modą, jesteś w grubym błędzie.

I najważniejsze:

  1. Tracisz okazję do zarobienia naprawdę dużych pieniędzy. Książki, które rozbijają bank, są zawsze oryginalne, a nawet jeżeli sam pomysł nie jest zbyt odkrywczy, to sposób jego przedstawienia z pewnością jest. Czytelnicy chcą nowych rzeczy i to za nimi gonią jak lemingi, krzycząc „shut up and take my money”.

Nikt nie zna patentu na bestseller. Nie da się przewidzieć, czy twoja książka chwyci, to zawsze jest niespodzianka. No i sorry, pewnie spudłujesz dziesięć czy dwadzieścia razy, zanim trafisz, o ile uda ci się w ogóle. Nie wiadomo!

Ale jeżeli jakimś cudem ci się przyfarci… to nie tylko kupujesz mieszkanie bez kredytu, ale masz coś, co definiuje twoją karierę, winduje twoje przyszłe nakłady o rząd wielkości i, być może, funduje ci bilet do wiecznej pamięci w sercach czytelników.

Jest taka scenka w „Głupim i głupszym” kiedy Jim Carrey pyta Lauren Holly, czy jest jakakolwiek szansa, by poszła z nim do łóżka, może jedna na sto…? Ona mówi, że raczej jedna na milion. A Jim Carrey na to: „Czyli jednak JEST szansa!” 😀

Dokładnie tak samo jest z bestsellerami. Lepiej pisać książki, które są naprawdę twoje i mieć jedną szansę na milion, niż być kserobojem i mieć okrągłe, pewne ZERO.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Zdjęcie: Wikipedia