W poprzednim poście opowiedziałem o tym, jak z mojej perspektywy przebiegał udział w konkursie 48 Hour Film Project (48HFP). Teraz o tym, co udało mi się z niego wynieść.

Film

Oczywista oczywistość 😀 Efekt poniżej:

Scenariusz

To była moja pierwsza scenopisarska próba. Uczyłem się pisania powieści z książki „Jak napisać scenariusz filmowy” o czym wspominałem TUTAJ. Bardziej jednak szukałem w niej ogólnych zasad i wskazówek dotyczących konstrukcji fabuły, tworzenia postaci, opisywania miejsca akcji, eskalowania historii itd. NIGDY nie pracowałem przy filmie, co dopiero na technicznym formacie scenariusza, a krótki metraż to już w ogóle zupełnie inna bestia, rządzi się swoimi prawami.

Patrzę na efekt końcowy i muszę powiedzieć, że jak na 48-godzinny freestyle, owoc pracy czterech naturszczyków ze śladowym doświadczeniem, stworzony pod bardzo dużym napięciem, to efekt końcowy zaskakująco mocno trzyma się założeń. Chciałem zrobić horror na serio, bez uciekania w jego parodię, co byłoby tak wygodne przecież. I daliśmy radę. Odzew widzów jest praktycznie jednomyślny: udało się nam przemycić rosnące napięcie i grozę, co w filmach amatorskich jest niezwykle rzadkie.

Lans przy plakacie autorstwa kolegi Roberta 🙂

Żeby jednak nie lizać się samemu po jajach: scenariusz ma cała masę błędów i uchybień. Zarówno technicznych (formatowanie) jak i odstępstw do zasad storytellingu. Gdyby wziął go do ręki jakiś zawodowiec, nie zostawiłby na nim suchej nitki.

Trzeba jednak mieć kilka rzeczy na względzie.

  1. Byłem scenarzystą ORAZ reżyserem,
  2. Wszyscy znali plener i siebie nawzajem,
  3. Czas, panie, czas czas czas!

Wiedziałem sam jaki film chcę zrobić, wiedziałem jak to wytłumaczyć ludziom, których było trzech, a nie kilkudziesięciu, wszyscy mieścili się w jednym samochodzie, a nie pracowali w kilku lokacjach naraz. Nie musiałem więc pisać scenariusza tak dokładnie, by kilkadziesiąt osób było w stanie zdekodować go w miarę ten sam sposób. To, a także znajomość przez ekipę pleneru pozwoliła mi na używanie wielu skrótów myślowych, wiedziałem np. jakie rekwizyty są dostępne, jakich ograniczeń w tym miejscu nie przeskoczymy, a o pewnych rzeczach nie musiałem pisać wcale, bo i tak każdy wiedział o co chodzi.

Przede wszystkim jednak miałem naprawdę mało czasu, żeby skończyć sam dokument. Pierwsze 3-4 godziny zeszły na uzgodnieniu i napisaniu… pierwszej strony, czyli tzw. synopsis, streszczenia fabuły. Chcieliśmy mieć bowiem jednomyślność co do tego jakiego typu film kręcimy. Dopiero potem do mnie samego należało obłożenie tego szkieletu mięchem 🙂 Pozostałe 10 stron napisałem w dosłownie 4-5 godzin.

Pamiętajmy też, że wzięliśmy udział w tym konkursie dla frajdy, więc pewna doza eksperymentowania była nieodzowna. Zresztą, myślicie że ktokolwiek miał czas albo moce umysłowe, żeby w takim hardkorze np. uczyć się kwestii na pamięć? 😀 W dialogach ten freestyle widać chyba najbardziej.

No dopszsz, żeby nie być gołosłownym: oto scenariusz 😀 Dokładnie w takiej postaci, w jakiej go używaliśmy: nic nie dodawałem, nic nie polerowałem. Porównajcie z efektem końcowym i zobaczcie co się zgadza, co wyszło inaczej, a czego zupełnie brakuje. Życzę miłej lektury! 😀

Kliknij ikonę, by pobrać scenariusz w formacie .pdf

Reżyseria

Jestem zaskoczony tym, jak dobrze czułem się „w siodle”. Myślę, że wychodziło mi prowadzenie chłopaków, tłumaczenie wizji i w ogóle i w szczególe. Udało mi się sprawić, że dokopali się do potrzebnych emocji na tyle na ile się dało, choć żaden z nas nie jest aktorem. Kolega Łukasz, nasz Adrian Delfin, zrobił zajebistą robotę. Znaleźliśmy wspólny język i dostawałem od niego zawsze to, co chciałem. Gdyby on dał ciała, film by padł, wszystko kręciło się wokół niego i chłop udźwignął, uwiarygodnił postępującą paranoję bohatera. Jeżeli film się podoba, to tak naprawdę w 3/4 dzięki niemu.

Od lewej: ja, kolega Robert i kolega Łukasz. Kolega Piotr był z nami myślami. Albo i nie 😛

Ustawianie scen i aktorów mi wychodziło, owszem, ale o dwie rzeczy mam teraz do siebie pretensje.

Po pierwsze: niewystarczająca asertywność. Pozwalałem czasem ludziom wejść mi na głowę. Tłumaczyłem sobie, że bez przesady, robimy to dla frajdy, a po drugie, to nie do końca moja impreza i jestem tu jako wojsko zaciężne, więc nie ma co się napinać.

Z perspektywy czasu uważam, że to był błąd i nie popełnię go w przyszłości, kręcąc np. filmy promocyjne dla swoich książek. Wtedy jednak to będą moje filmy i nie pozwolę nikomu kwestionować mojego zdania. Będziemy robić rzeczy na dwa sposoby: mój albo chuj 😛

Po drugie: niedopilnowanie montażu. W niedzielę byliśmy wszyscy już tak splaszczeni, że przyznaję, zbytnio poluzowałem lejce i pozwoliłem chłopakom montować jak im się żywnie podoba, zamiast patrzeć im przez ramię. Wyszedłem z założenia, że skoro zdjęcia wyszły tak, jak chciałem, to przebije się to też w filmie.

Błąd. Chłopaki nie czytają w moich myślach przecież. Wiele fajnych ujęć z subtelnymi patentami podbijającymi grozę przepadło w montażu i przekonałem się o tym tak naprawdę, gdy było już za późno, by je wstawić bez rozwalania całości. Nie zrozumcie mnie źle, tragedii nie ma, ale mogło być o wiele lepiej.

Inna sprawa, że chłopaki sami przyznają, że w filmie jest sporo błędów montażowych, które dostrzegli już na świeżo, gdy się wyspali. Kilka wyłapali nawet podczas montowania, ale musieli je zostawić, bo gdyby zaczęli ścibolić, nie zdążylibyśmy oddać filmu. Pieprzone 48 godzin… 😛 Gdybyśmy mieli choć jednego zawodnika w zespole więcej, oszczędziłoby nam to masę stresu, a film wyszedłby dużo lepszy.

Materiału do przejrzenia było naprawdę dużo…

Chodzi przede wszystkim o premontaż. Dodatkowa osoba mogłaby na bieżąco odsiewać złe ujęcia już w sobotę, w trakcie trwania zdjęć. A wyszło tak, że nieproduktywne sortowanie materiału zabrało chłopakom pół niedzieli. Musieli zapieprzać, by w ogóle zdążyć złożyć film, zamiast myśleć o tym jak to zrobić, by wycisnąć z materiału cały potencjał.

48HFP był mega pouczający. Z grubsza wiem, czego się w przyszłości wystrzegać. To dla mnie mega zastrzyk pewności siebie, że potrafię sprawdzić się jako scenarzysta i reżyser, w ogóle pokierować tak złożonym procesem. Przyda mi się to na pewno.

Frajda: największa nagroda

Powiedzmy sobie szczerze: nikt z nas nie oszukiwał się, że cokolwiek zwojujemy w samym konkursie 😛 Stawaliśmy do zawodów z rutynowanymi ekipami, np. studentami szkół filmowych, wydziałów artystycznych różnych uczelni, nieraz po 20-30 osób, gdzie każdy wiedział, co ma robić. Nie było mowy o żadnych nagrodach czy nominacjach. Oczywiście mieliśmy rację 😛 Zdrowy sceptycyzm oszczędził nam rozczarowań.

Naszą nagrodę odebraliśmy podczas pokazu kinowego. Do tej pory to dla mnie Matrix, że nakręciliśmy film w dwie doby, a teraz siedzimy ekipą w kinie, oglądamy go na wielkim ekranie i możemy na żywo obserwować reakcję publiczności! 😀 Nie wiem do czego porównać to uczucie, z jednej strony jarałem się jak szczerbaty sucharami, a z drugiej miałem pełne portki 😀

Wiele złożonych do konkursu filmów było niestety szrotem i publika nie krepowała się, by dać temu wyraz. Mówiąc wprost: kręcili bekę. Bałem się strasznie, że wyjdziemy na głupków, że wyjdzie nam jakaś parodia, że ludzie będą się śmiać nie tam gdzie trzeba. A tu nic. Przez całą projekcję skupienie, pod koniec wręcz idealna cisza. Kurde, wkręcili się! Brawa na końcu też były troszkę zbyt długie jak na „klaskanie z litości” 😉 Na odbiór nie możemy narzekać 😀

48HFP był tak popierdolonym doświadczeniem i jazdą bez trzymanki, że długo go będę pamiętał. Nie jestem filmowcem i raczej nigdy nie będę, ale fajnie było zanurzyć choć mały palec lewej stopy w tym świecie.

A co do przyszłych edycji… odpowiedź jest prosta. NI YAHOO! 😛

Chętnie jeszcze coś nakręcę, ale na mniejszym przypale, z dbałością o szczegóły, a także coś, co przysłuży mi się w dłuższej perspektywie. 48HFP to dobry poligon doświadczalny, przyspieszony kurs, skok na głęboką wodę. Filmowa „unitarka” czyli… Raz wystarczy 😉

Polski slasher psychodeliczny 😀

Nie powiem, ganianie typa po nocy z siekierą w ręku było hm… interesujące 😉 A, fuck it, stawiajcie mnie w jednym rzędzie z Freddym Kruegerem, Jasonem Voorheesem, Michaelem Myersem i Leatherfacem 😀 A co, kuźwa, Polacy nie gęsi, swojego seryjnego slasherowego mordercę mają! 😛

Uważaj… Możliwe, że Morderca w Baranicy (z hollywódzka: Sheepskin Killer) czai się już w Twoim ogródku! 😀

Muachachachachachaaa…!!! 😛

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz ztj. Sheepskin Killer 😉