Nie jestem (jeszcze) indie publisherem, więc nie wiem. Mogę tylko opierać się na doświadczeniach zachodnich indie publisherów, którzy opisywali na blogach swoje doświadczenia.

  1. Nieobecność na listach bestsellerów.

No niestety. W zdecydowanej większości powodzenie indie publisherów oparte jest na regularnej sprzedaży niewielkich ilości wielu książek, które w sumie osiągają wystarczającą masę krytyczną, by pisarz mógł z tego żyć. Bestsellery to prawdziwa rzadkość. Jeżeli się zdarzają, to z reguły na takiej zasadzie, że tradycyjne wydawnictwa dostrzegają powieść „indyka”, która radzi sobie bardzo dobrze jak na realia indie, po czym podkupują go korpomilionami i wydają książkę tradycyjnie z wielkim nakładem i promocją na cztery fajerki, bo wiedzą, że istnieje duża szansa na masowy sukces.

  1. Brak zrozumienia.

To dotyczy indyków na dorobku. Zdecydowana większość kolegów z branży jest wydawana tradycyjnie i choć są pisarzami-hobbystami, którzy na książkach gówno zarabiają i na nic nie mają wpływu, będą bronić swojego wyboru jak niepodległości. Będą próbowali głaskać cię po główce, patronizować i oczywiście wybić z głowy wydawanie się samemu, na zasadzie „po co się męczysz, pan wydawca cię wyręczy” 😉

  1. Zawiść.

To dotyczy indyków, którym się udało. Indyk, który w porównaniu do tradycyjnego nie istnieje w masowej świadomości, śmie utrzymywać się z pisania, podczas gdy kolesiowi, którego książki są wszędzie, ledwie wystarcza na piwo z Lidla 😉 To boli. Oj, jak boli.

  1. Deprecjonowanie osiągnięć.

Niemal z automatu do indyka przylega łatka wyrobnika (z ang. hack): marnego pisarzyny, który z pewnością wysrywa swoje książki hurtem w toalecie i tylko tam się te książki nadają. Pisarz wydawany tradycyjnie to przecież artysta i koleś na poziomie, bo w końcu jego umiejętności zostały zweryfikowane przez recenzenta i zyskały akceptację, co z automatu ma oznaczać certyfikat jakości. Mit tzw. „walidacji” to temat na odrębny post.

  1. Gorsze recenzje.

Amatorski self publishing ma fatalną reputację wszędzie, w duże mierze zasłużenie. Dotyka to działających biznesowo indie publisherów: już na wstępie ich książki mają przynajmniej jedną „gwiazdkę” mniej. Utwór musi być naprawdę zajebisty, by został adekwatnie potraktowany.

  1. Ostracyzm środowiskowy.

Wynika z sumy wszystkich powyższych.

  1. Samotność.

Wynika z sumy wszystkich powyższych i punktu piątego 😉 Jakby samo pisanie nie było wystarczająco indywidualnym sportem. Co do zasady, indie publisher to parias, tak jak Tyrion Lannister 😉

A teraz bardzo ważny disclaimer. powyższa lista (pewnie niekompletna) to sytuacje, na które indie publisherzy są narażeni bardziej od pisarzy wydawanych tradycyjnie, ale wcale nie oznacza to, że powyższe rzeczy dotykają wszystkich indyków jednocześnie, albo w równomiernym stopniu. Bardzo wiele zależy od jakości samej pracy, zdolności biznesowych (indie publisher to, tak naprawdę, przedsiębiorca), a także sposobu bycia delikwenta. Innymi słowy, przeciętny indie-pisarz jest bardziej narażony na słabsze recenzje niż przeciętny-tradycyjny, pospolity indie-buc na ostracyzm środowiskowy, itd 🙂

No dobra, starczy tego negatywizmu. W kolejnych postach opowiemy o tym, co w indie publishingu jest zajebiste 🙂

Dozoba! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.westeros.pl