Dokładnie tak. Nie wydam jej samemu i nie będę wysyłał jej do wydawców. Nic z nią nie zrobię. Idzie do szuflady i tam pozostanie. Kiedyś sobie ją wyjmę i poczytam dla beki z kuflem piwa w ręku, kręcąc głową z niedowierzaniem, jaki byłem beznadziejny.

Powód jest prosty: książka ssie z tak wielu powodów, że nie chce mi się ich nawet wymieniać. Zresztą, nie znacie fabuły, więc to by było i tak bez sensu. Nawarstwienie błędów jest zbyt duże, by udało się uratować życie temu pacjentowi. Jedyne wyjście to eutanazja.

Minęły trzy miesiące odkąd wróciły do mnie uwagi recenzentów, a do tej pory nie naniosłem poprawek. Wielokrotnie siadałem do kompa, ale po prostu nie mogłem się przemóc. Jak dotąd doszedłem może do 1/3 książki i na samą myśl, że mam pracować na tym tekście, aż mnie flaki drą.

Czy mi szkoda? Pewnie, że tak! Włożyłem w ten tytuł masę czasu i w większości dobrze się bawiłem. Świeżo po ukończeniu uważałem, że efekt jest dobry, ale nikt z recenzentów (a było ich ośmioro) nie podzielił mojego entuzjazmu 😉 Nawet nie, że mówili, że słabe. Gorzej. Nic nie mówili 😉 Żaden nie powiedział, że książka jest po prostu fajna, że się podoba, czy coś w tym stylu, zamiast tego skupiali się na detalach. Zakładam, że nie chcieli mi zrobić przykrości, bo jesteśmy znajomymi 😉

Co prawda koleżanka, która zajmuje się też opiniowaniem tekstów dla jednego z wydawnictw powiedziała, że mogę szukać szczęścia, bo książka spokojnie spełnia standardy wydawnicze, ale ja wiem swoje: „spełnia standardy wydawnicze” nie oznacza, że „fajna” 😉 To, że nie jest to grafomania, nie oznacza od razu, że można ją komukolwiek polecić.

Tak czy inaczej, kurz opadł, zebrałem do kupy uwagi, przeczytałem całość jeszcze raz i stwierdziłem… „o kurwa”.

Trochę smutno, ale trzeba słuchać swojej intuicji. Jeżeli czuję wewnętrzny sprzeciw, to nie powinienem się do niczego zmuszać, zwłaszcza że wydanie książki kosztuje masę czasu, a do tego trochę pieniędzy. Lepiej przeznaczyć je na stworzenie czegoś, przy czym będę dumny, stawiając swoje nazwisko.

W sumie nie powinienem się dziwić, przecież to było moje pierwsze podejście do długiej formy. To tak, jakbym nagrał pierwsze demo i oczekiwał od razu kontraktu płytowego. Trzeba nabrać trochę pokory i ćwiczyć.

Ktoś może powiedzieć, że zaprzeczam temu, co sam wcześniej mówiłem, by publikować bez względu na wszystko (pisałem o tym TUTAJ), a nawet jeżeli nie wierzę w tę książkę na tyle, by inwestować własny czas i pieniądze, to co mi szkodzi wysłać ją do wydawców? A nuż któryś się nią zainteresuje i wyda? Nie mam przecież nic do stracenia, prawda?

Prawda i pewnie tak bym uczynił, gdyby nie jeden szczegół, który sprawił, że musiałem zrobić wyjątek.

Książka, którą napisałem, nie była zamkniętą historią, tylko pierwszym tomem serii. Wszystkie wątki otworzyłem na oścież. Można powiedzieć, że ten pierwszy tom przedstawiał figury na szachownicy, a potem rozwalał całą szachownicę. Książka kończyła się samymi znakami zapytania. Publikacja oznaczała by więc, że muszę napisać dalszy ciąg, a nie wyobrażam sobie tego. Nie wyobrażam sobie powrotu do tego pomysłu, do tych postaci. Po prostu, kurwa, NIE.

Mawiają, że „pierwsze śliwki – robaczywki” i to jest dokładnie mój przypadek. Przez rozkminy, co tu zrobić z tą przeklętą książką, tak mi to wszystko zbrzydło, że od dwóch miesięcy nic, kurwa, nie napisałem i jestem zły na siebie. Najwyższy czas pogrzebać trupa i wrócić do tego co fajne, czyli pisania nowej historii. Jeżeli nie powtórzę błędów z pierwszej książki, to już będzie dobrze.

Trzeba przyjąć porażkę na klatę, to się zdarza. Pokora, pokora, pokora. I jechać dalej. Trzymajcie kciuki 🙂

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

Zdjęcie: www.karavek.pl