Na moim blogu przedstawiam zachęcające wyliczenia dotyczące indie, sarkam tu sobie na tradycyjny publishing, ale to nie jest tak, że potępiam go w czambuł. To nie jest gra o sumie zerowej ani wybór „albo – albo”. Liczy się świadomość celu i pragmatyzm w wyborze drogi do niego. Mój cel jest prosty: chcę żyć z pisania i szukam optymalnego scenariusza, który umożliwi mi osiągnięcie tego celu w jak najkrótszym czasie.

Jak wielu aspirantów, jestem nieznany szerszej publiczności i podstawową przeszkodą do przeskoczenia jest anonimowość. Z pewnością są sposoby, aby przebić się do masowej świadomości na własną rękę, ale po co kopać się z koniem? Przecież całą branża wydawnicza istnieje po to, żeby w tym pomagać 😉 Nic nie stoi na przeszkodzie, aby funkcjonować w obu światach!

Na czym polega model hybrydowy?

Jesteś indie publisherem i tradycyjnie wydawanym pisarzem JEDNOCZEŚNIE. Osiołek może skubać siano z obu żłobów: wtedy nie tylko się naje, ale jeszcze mu zostanie. Mówiłem o tym już nieco TUTAJ.

W ramach „eksperymentu indie”, mam zamiar pisać 200 tysięcy słów rocznie. 50 tysięcy pójdzie na posty blogowe, pozostaje 150 tysięcy, które chciałbym (optymalnie) rozdzielać na trzy powieści.

Co złego w tym, jeżeli jedną z tych trzech powieści wyda tradycyjny wydawca? Albo dwie? Na początkowym etapie kariery można nawet pójść na 100% tradycyjnie, o ile uważa się przy podpisywaniu kontraktu, by zapewniał Ci niezależność i zwracał pełnię praw autorskich do dzieła po upływie umowy. Więcej o tym TUTAJ.

Wydając tradycyjnie nie nastawiasz się na kasę z wiadomych względów. Wykorzystujesz tę współpracę, by zaznaczyć swoją obecność w świadomości czytelników. Traktujesz ją jak dźwignię, która ma cię wynieść do góry. Dla anonimowego pisarza ekspozycja, którą zapewnia tradycyjny wydawca, jest nie do przecenienia. Mało tego: wiedząc, że z kasą u „tradycyjnych” jest tak, jak jest, możesz podczas negocjacji spróbować wpisać do umowy inne rozwiązania, dodatkowe korzyści pozafinansowe, które pomogą rozpropagować twój „mini indie biznes”. Wszystko zależy od twojej kreatywności i rozsądku w rozmowach z wydawcą.

Najważniejsze jednak jest to, aby w trakcie nie zapomnieć, czemu to wszystko służy. Wydawanie książek u tradycyjnego wydawcy nie jest celem, ale środkiem do celu. Reklamą, za którą to TOBIE płacą, a nie ty komuś. W ostatecznym rozrachunku, wsparcie tradycyjnego wydawcy ma zwracać uwagę na pozostałe książki, które wydajesz na własną rękę.

Każdy wybiera swoją własną drogę i model biznesowy, który najbardziej mu odpowiada. Nikt nie powiedział, że kiedy już staniesz na nogi masz spalić za sobą mosty i iść 100% indie. Jeżeli współpraca z tradycyjnym wydawcą ci się układa, śmiało ją kontynuuj, np. w modelu hybrydowym 50/50. Pisząc na pełen etat z pewnością stworzysz tyle książek, że wypełnisz oba żłoby i wszyscy będą zadowoleni: wydawca (zarobi swoje i nie poczuje się wykorzystany) i ty (wydawca zapewni ci darmową reklamę i (jakiś) zarobek, a książki wydawane indie – lepsze pieniądze).

Żeby było jasne: nie znam nikogo w Polsce, kto by funkcjonował według takiego modelu. Za to w USA sprawdza się znakomicie. Śledzę kariery m.in. Kevina J. Andersona i Kristine Kathryn Rusch, którzy tak działają, sporo blogują o tym i po prostu dla mnie, to co mówią, jest logiczne, ma sens i chciałbym pójść tą drogą.

Każdy jest odpowiedzialny za swoją własną karierę i decyzję musi podjąć sam.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.4.bp.blogspot.com