W dwóch przypadkach: kiedy jesteś nieznany oraz kiedy nie zależy ci na pieniądzach.

  1. „Nieznany” to dla mnie pisarz, który nie jest w stanie własnymi kanałami sprzedać pięciuset sztuk swojej książki. Pięćset sztuk książki to dziesięć koła w kieszeni: jeżeli udało ci się dobić do tego pułapu, to znak, że wydostałeś się z najgęstszych chaszczy i jeśli będziesz pisał dalej tak dużo i tak dobrze, to będzie tylko lepiej. Już teraz zarabiasz tyle, co większość nie-bestsellerowych kolegów po piórze. Wydawca nie ma ci nic do zaoferowania.

Niestety, dobicie do pięciuset sprzedanych sztuk na własną rękę jest naprawdę trudne. Zwykle ludzie mają gotowy manuskrypt w ręku i dopiero zaczynają się zastanawiać „co teraz” 🙂

W takiej sytuacji, szukanie oparcia w wydawcy jest pożądane. Zaprezentuje cię bazie swoich wiernych czytelników, mediom, blogerom. Wchodzisz z nim do tradycyjnych księgarni. Czasem warto złożyć w ofierze nawet kilka książek, jeżeli to konieczne, aby fandom otrzaskał się z twoim nazwiskiem, abyś wyrobił sobie dobrą opinię.

W końcu, kiedy poczujesz się w miarę pewnie na nogach, opuszczasz ciepły kurwidołek 🙂 Wydajesz kolejne książki własnym sumptem, a potem także te, które zlicencjonowałeś wydawcy! Cały myk polega na tym byś, wiążąc się z wydawcą, nie stracił bezpowrotnie praw do swojej pracy.

Jeżeli już wiążesz się z wydawcą, upewnij się, że twoja umowa spełnia poniższe wymogi:

  1. Jest zawierana tylko na jedną książkę (jeżeli musisz wydać więcej książek tradycyjnie, zawierasz umowy na każdą książkę z osobna!)
  1. Zawiera konkretną datę wygaśnięcia udzielonej licencji. Dotyczy to wszystkich pól eksploatacji (np. e-booki, audiobooki) i praw zależnych (np. prawa do tłumaczeń czy ekranizacji)
  1. Nie zawiera zapisów o zakazie konkurencji
  1. Zawiera precyzyjne i symetryczne warunki odstąpienia od umowy

Rozwinę te cztery punkty w przyszłym tygodniu.

Wszystkim, którzy zaczną zaraz jęczeć o lojalności wobec wydawcy – skończcie łaskawie pierdolić. Wydawca swoje zarobił, możecie być pewni, zwłaszcza jeżeli kiedyś po drodze zgodził się podpisać z wami drugą umowę. Wyobrażacie sobie, żeby w jakiejkolwiek innej branży firma nie skorzystała z lepszej biznesowo propozycji ze względu na jakąś lojalność? To jest biznes, luuudzie!

  1. Pisarz, któremu nie zależy na pieniądzach to taki, który ponad korzyści finansowe z książki przedkłada wszystko inne. Lubi sycić oczy widokiem swojego dzieła na półkach księgarskich. Lubi splendor, jaki spływa na niego z tytułu dużej ekspozycji. Lubi słyszeć pełne dumy słowa swoich najbliższych. Lubi czytać recenzje, których książki dużego wydawcy uzyskują więcej. Lubi jeździć na spotkania autorskie. Lubi być zapraszany na konwenty, a ten zaszczyt spotyka z reguły tradycyjnie wydawanych pisarzy, bo kto by zawracał sobie głowę „indykami” 🙂

Wreszcie, lubi święty spokój: nie ma ochoty użerać się z biznesową stroną wydawania książek, bo od tego jest wydawca. Niech on brudzi sobie łapki, a na końcu uczciwie się z nim rozliczy. Oczywiście pisarz, któremu nie zależy na pieniądzach, nie monitoruje uczciwości swojego wydawcy, bo kołysanie łodzią nie leży w jego interesie. Od bezawaryjnej współpracy z wydawcą zależą w końcu wszystkie pozostałe frukty, płynące z bycia publikowanym pisarzem.

Może zabrzmiało to trochę uszczypliwie, ale żeby było jasne: nie widzę w takim podejściu nic złego, o ile pisarz jest wobec siebie uczciwy i nie jęczy wszędzie wokoło, jaki to ciężki jest jego los i jak bardzo w tej branży nie ma pieniędzy. Jeżeli nie pierdzieli głupot, chodzi sobie do uczciwej pracy, a po godzinach oddaje się swojemu ukochanemu hobby, to zajebiście i tylko przyklasnąć! W końcu o to chodzi w pisaniu: by zapewnić rozrywkę najpierw sobie, a w drugiej kolejności czytelnikom.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Grafika: www.juliannemalveaux.com