Prokrastynacja jest jak karta kredytowa: daje frajdę, dopóki nie dostaniesz rachunku – Christopher Parker, angielski aktor.

Jestem chronicznym prokrastynatorem, co oznacza, że odkładam na później to, co powinno być zrobione i zamiast tego zapycham czas głupotami, które dają szybką i krótkotrwałą satysfakcję. Jak dotąd, pisanie było jedną z takich głupotek, która odciągała mnie od, jak to mawiają rodzice, „wzięcia się za życie”.

Wszystko zmieniło się odkąd podjąłem decyzję, że chcę zostać zawodowym pisarzem. Wykminiłem sposób, w jaki chcę to osiągnąć, stworzyłem plan i ruszyłem w drogę. Okazało się, że wewnętrzny opierdalacz się przystosował: pisanie, które wcześniej było sposobem ucieczki, nagle stało się czymś, od czego się ucieka.

Przyczyna jest prosta: podświadomie przestawiłem moment gratyfikacji z natychmiastowego (ach, jak to fajnie jest sobie pisać i nie robić czegośtam) na odroczony (moment zostania zawodowym pisarzem).

Nie muszę chyba mówić jak bardzo zabójcze dla pisania jest takie podejście? U opierdalacza praca ” z automatu ” budzi negatywne skojarzenia, jest złem koniecznym, które przeszkadza w opierdalaniu się. Praca NIE JEST przyjemna. A przecież pisanie, samo w sobie, jest przyjemne! Lubię to, do cholery! Jak to możliwe, że mózg spłatał mi takiego figla?

Przyczyna 1: przestawienie się na systematyczność

Myślę, że nie byłem mentalnie przygotowany na podjęcie Eksperymentu Indie. Owszem, bardzo chcę nagrody, która czeka na mnie, kiedy mi się uda, ale nie ogarniam mentalnie ilości materiału, który muszę napisać po drodze, aby ją dostać. Nie doceniałem wyzwania, jakim jest przestawienie się z bycia pisarskim „jednostrzałowcem”, na bycie pisarskim „minigunem” i nie chodzi mi tu o szybkostrzelność, tylko o ilość nabojów w kasecie i automatyzm strzałów 😉

Dla opierdalacza systematyczność to wróg numer jeden. Pisząc systematycznie, zmieniam przyjaciela we wroga, którego opierdalacz zaczyna zwalczać.

Rozwiązanie 1: zagryźć zęby

Opierdalacz wygrywa, kiedy się poddajesz. Początki są najtrudniejsze. Potrzebuję dobrych kilku miesięcy, a może i roku, zanim codzienne pisanie stanie się mi tak potrzebne, jak chleb i powietrze. Do tego czasu, systematyczność będzie musiała być świadomym działaniem, czymś, do czego muszę sam siebie namawiać, zwłaszcza, że piszę od szóstej rano. A jestem śpiochem, uwierzcie 😉 Ale zagryzam zęby i czekam cierpliwie, aż zegar biologiczny przestawi mi się tak, że będę sam wstawał przed budzikiem. Póki co, już widzę pierwsze efekty: dzwoni budzik, a ja podnoszę łeb i łapię za netbooka. Tworzy się zdrowy odruch pisarza, ciekaw jestem, co będzie dalej 😉

Rozwiązanie 2: chcieć bardziej

Żeby coś osiągnąć, zawsze coś poświęcasz, a nie zawsze chcesz i miotasz się. Trudno wtedy uciszyć zakusy opierdalacza.

Dlatego myślę, że kluczem do powodzenia w zagryzaniu zębów jest atrakcyjność nagrody. Cel musi być na tyle szalony, musisz go tak bardzo pragnąć, żeby warto było dla niego przejść przez to wszystko. Jeżeli cały czas próbujesz i upadasz, to oznacza, że na 99% nie chcesz czegoś wystarczająco mocno. Nie chcesz czegoś tak bardzo, jak wydaje ci się, że chcesz. Żadne magiczne rady tu nie pomogą: żeby wyjść z siebie, musi ci na czymś zależeć bardziej niż na sobie samym.

Jeżeli chcesz czegoś wystarczająco mocno, albo masz wystarczająco dosyć obecnej sytuacji, wtedy dasz radę być systematycznym. U mnie motywatorem do działania są obie rzeczy naraz: nie bez powodu nazywam siebie Wkurzonym Pisarzem 😉

Przyczyna 2: zmiana profilu pisania

Choć skończyłem już pierwszą powieść i piszę drugą, wciąż jest to dla mnie dziwne i trochę obce. Wcześniej pisałem opowiadania. Byłem w stanie wymyślić całą fabułę na jednym endorfinowym strzale. Potem mogłem, płynąc na tej fali, napisać wszystko od początku do końca, choćby miało to trwać kilkanaście godzin z rzędu. Owszem, byłem gotowy do takiego wysiłku, bo wiedziałem, że zobaczę EFEKT. Gotowy tekst, który będę mógł komuś pokazać.

Z powieściami, rzecz jasna, tak się nie da. Pisząc książkę, czułem się jak ten irytujący osioł w „Shreku”, który co chwilę pytał „daleko jeszcze?”. Najgorzej było w drugiej ćwiartce książki: entuzjazm zdążył wyparować, a droga do celu wciąż była daleka. Dopiero, kiedy przekroczyłem półmetek, dotarło do mnie, że już bliżej niż dalej i naprawdę może mi się udać. Na tej świadomości dojechałem do końca 😉

Nie zmienia to faktu, że pisałem tę książkę ze trzy razy dłużej, niż powinienem. Zbyt oddalona perspektywa nagrody skutecznie odciągała mnie od pisania.

Rozwiązanie: myśleć scenami

Opierdalacz żeruje na mechanizmie natychmiastowej gratyfikacji. Pisząc, trzeba przestać patrzeć w horyzont, a zacząć patrzeć pod nogi, bo opierdalacz tylko czeka, aż się zniechęcisz, potkniesz.

Przystępując do pisania pierwszej książki, miałem w miarę precyzyjny plan, rozpisane kwestionariusze postaci itp. To tak, jakbym biegł maraton i na każdym kroku widział znaki: zostało Ci 38,8 km, zostało ci 38,7 km, i tak dalej. Aż dziw bierze, że udało mi się skończyć i jestem zadowolony z efektu, bo przyznam szczerze, że wiele razy miałem serdecznie dosyć i chciałem rzucić to w cholerę.

Teraz, świadomie, nie mam żadnego planu. Siadam do pisania i siłą rzeczy nie jestem w stanie przewidzieć niczego, poza najbliższą sceną. I wiecie co? Znowu PISANIE TO FRAJDA! Kreatywna część mózgu została zaprzęgnięta do roboty, przez co efekt jest ciekawszy, a przyjemność większa. Jednocześnie wszystko się ładnie trzyma kupy i jest logiczne, bo przecież piszę codziennie i pamiętam na świeżo, co było wcześniej. Natomiast dzięki kreatywnemu, a nie planowemu podejściu, fabuła jest bardziej zaskakująca. 

Nie da się stworzyć naraz całej powieści, ale całą scenę owszem. Kiedy nie masz oczu utkwionych w zakończeniu, które już znasz (ble), możesz patrzeć tylko na to, co widać, czyli scenę, którą piszesz TERAZ! 😀 I kiedy ją napiszesz, czujesz power! 😀 Tworzysz fajną scenę, którą wymyśliłeś od podstaw – jest NOWA dla Ciebie! Każdego dnia! Teraz mechanizm opierdalacza dostaje nagrodę CODZIENNIE i siedzi cicho, rozumiecie? 

Nie neguję potrzeby tworzenia planu książki z wyprzedzeniem. To kwestia indywidualna, jeden potrzebuje drogowskazu bardziej, inny mniej. U mnie drogowskaz ten częściowo zabił frajdę z pisania: tworzenie rysunku zamieniło się w akcję „połącz kropki”. Drugą książkę piszę bez planu: zobaczymy, czy wyjdzie to jej na zdrowie. Jedno jest pewne: mam dwa razy większy FUN w trakcie pisania, a to jest dla mnie najważniejsze. Zakładam, że frajda dla autora przełoży się potem na frajdę dla czytelnika.

Tymczasem życzę Wam powodzenia w walce z opierdalactwem. Pa! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

 

Obrazek: kaizenjournaling.com