Dziś pobawimy się w matmę.

Przy fikcji literackiej, przykładam wagę do słów, które piszę. Staram się, by pierwszy draft był jak najlepszy. O ile w przypadku bloga piszę średnio 500 słów w około pół godziny, to pisząc książkę lub opowiadanie, jest to średnio 300 słów na godzinę. Jakby ktoś nie wiedział, 300 słów to ok. 3/4 strony napisanej Times New Roman 12-tką przy pojedynczej interlinii. Niewiele, prawda? Większość maili pisanych w 15 minut jest dłuższych. Prawda, nie jestem zbyt szybki, za to staranny.

Docelowo chciałbym pisać książki długości ok. 250 przejrzystych stron, czyli 50 tysięcy słów.

50000/300=167 godzin na jedna książkę. Pisząc dwie godziny dziennie, powinienem ją ukończyć w 83 dni. Aby „eksperyment indie” się powiódł, musiałbym poświęcać 500 godzin rocznie na 150 tysięcy słów (3 powieści) i 50 godzin na 100 postów na bloga długości 500 słów. Łącznie: 550 godzin w roku. Wykrawając dwie godziny dziennie, powinienem wypełnić roczny cel po 225 dniach z dostępnych 365. 140 dni luzu jest pozornych, zwłaszcza jeżeli się zdecyduję wydać swoje pierwsze książki sam (co wcale nie jest pewne, gdyż najrozsądniejszy w mojej sytuacji jest model hybrydowy): wtedy bowiem musiałbym poświęcić masę czasu na ich przygotowanie. Poza tym jestem jeszcze młodym człowiekiem i mam życie towarzyskie, z którego nie chciałbym rezygnować 😉

Tak czy inaczej, nie ma uzasadnienia, by ktoś, kto aspiruje do bycia zawodowym pisarzem pisał jedną książkę kilka lat. Przy dwóch godzinach pisania dziennie, w 225 dni powinieneś napisać jedna kobyłę fantasy na 750 stron, albo dwie książki średniej długości (przy obecnych standardach).

Już słyszę komentarze. „A gdzie research? Czas na zbieranie materiałów? Moja książka to sztuka, a nie jakieś odbębnione gówno. Ja muszę zrobić riseeerrrrczczcz…”

A MYŚLISZ, ŻE JA NIE???

Krótka piłka: doba ma 24 godziny. Jeśli śpisz osiem, zostaje ci szesnaście. Wykrawasz dwie godziny na pisanie, zostaje ci czternaście. Chcesz mi powiedzieć, że twój plan dnia jest tak dokumentnie zapchany, że nie masz kiedy wejść do internetu? A na Pudelka czas masz 😉 Naprawdę każda scena w twojej książce wymaga siedzenia w starodrukach Biblioteki Narodowej?

No dobra, niech Ci będzie, że siedzisz w tych starodrukach. Piszesz ambitną powieści historyczną. W takim układzie na riseeerrrczcz masz całe 140 dni luzu. Po 140 dniach, z gotowymi i opracowanymi materiałami, z objechanymi miejscówkami (bo przecież twoja książka to sztuka, musisz na własne oczy zobaczyć wszystkie lokacje, poznać miejscowy koloryt blablabla 😛 ), mimo wszystko powinieneś spokojnie napisać przynajmniej jedną, wyriserczowaną w tę i nazad powieść historyczną na 750 stron rocznie, poświęcając TYLKO 2 GODZINY DZIENNIE! 😀

Jeżeli wydajesz jedną książkę na kilka lat, to co ty, kurwa, robisz całymi dniami, ja się pytam 😀

Sorry, że się nabijam, ale pusty śmiech mnie ogarnia na tych „artystów” 😀

Jak widzicie, tzw. wydawniczą „normę”, czyli jedną książkę rocznie, są w stanie wyrobić nawet amatorzy, nie poświęcając przy tym zbyt wiele. Pogląd, że taką „normę” powinni wyrabiać zawodowcy to bzdura. Szkodliwa bzdura.

Dlaczego? O tym w czwartek 😉

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.timmilesandco.com