1. Mają swoje życie, a pisanie jest tylko miłym dodatkiem do niego. Tak jest w większości przypadków i nie ma w tym absolutnie nic złego.
  2. Są niewolnikami mitu o „redagowaniu”.

„Redagowanie” wrzuciłem w cudzysłów, gdyż nie jest to prawdziwy proces redagowania, tylko bezsensowne przepisywanie własnej pracy. Ktoś im wkręcił, że muszą pucować każde słowo szuwaksem, żeby doprowadzić książkę do językowej perfekcji. Rozprawiam się z tym mitem TUTAJ.

  1. Boją się. O tym TUTAJ.
  2. Są zwykłymi leserami, którzy pozują na artystów.

Andrzej Pilipiuk idealnie scharakteryzował na swoim blogu jak funkcjonował za komuny typowy pisarz o jedynie słusznych poglądach. Polecam gorąco 😀 Link TUTAJ.

Pośmialiśmy się, ale komuna skończyła się całkiem niedawno, w ludziach żyje i ma się dobrze, a z socjalistami z PiSS u władzy to cholera wie, jak będzie w przyszłości.

Przekłada się to, niestety, na wizerunek pisarza w społeczeństwie, które komunę dobrze pamięta (czyli większość). Pisarz to pasożyt społeczny, alkoholik, nieudacznik i nierób, który uważa, że mu się wszystko należy, a cześć i splendor przede wszystkim.

Można nie przejmować się pisarzami starej daty, którzy utkwili mentalnie w tamtych czasach. Starego psa nie nauczysz nowych sztuczek, oni już nic nie są w stanie zmienić. Gorzej, że takie postrzeganie pisarstwa zbiera swoje żniwo w młodym pokoleniu. Łatwo ich rozpoznać: to ci, którzy piszą jedną książkę przez trzy lata, a potem płaczą na Facebooku, że z pisania nie ma pieniędzy. Gdyby z ręką na sercu zebrali do kupy czas, który spędzili nad swoim wymęczonym dziełem, wyszłoby im pewnie, że dałoby się je ukończyć w trzy miesiące.

Pisarstwo nie różni się od innych zawodów, w których, aby coś osiągnąć, trzeba zapierdalać. Pod tym względem kapitalizm jest sprawiedliwy.

  1. Nie nadążają za zmianami.

Tu przydało by się podeprzeć źródłami, ale co do zasady, epoka wielomilionowych sprzedaży dawno minęła. W tej chwili w USA wystarczy kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy sprzedanej książki w ciągu tygodnia, by pozamiatać na listach bestsellerów, podczas gdy dwadzieścia lat temu te same kilkadziesiąt tysięcy sprzedanych sztuk BYĆ MOŻE powąchało by ogon takiej listy. Przekroczenie miliona sztuk nakładu jest odtrąbiane jako wielkie wydarzenie. Kiedyś trzeba było dodać do tego miliona przynajmniej jeszcze jedno zero, by zrobiło to na kimś wrażenie.

Stara epoka niestety żyje jeszcze w głowach, nie wszyscy się przestawili. Kiedyś nawet pisarze z drugiej szeregu (tzw. „midlist writers”) mogli wydać jedną książkę rocznie i jakoś związać koniec z końcem. Dziś rzeczywistość jest okrutna: masz bestseller, albo do widzenia. Może się to wydawać dziwne przy tak wielkim rynku jak USA, ale większość wydawanych tam tradycyjnie pisarzy to także hobbyści, jak w Polsce. Tam też nakłady wyraźnie się skurczyły, a z nimi zarobki.

Współczesne realia są takie: żeby utrzymać się z pisania, musisz albo trafić jednorożca w postaci hitu, albo wydawać kilka książek rocznie tradycyjnie, albo wydawać się sam i cierpliwie budować masę krytyczną, która pozwoli ci żyć z pisania nawet bez bestsellerowych nakładów. Dla ludzi mających blockbusterowy mindset, pigułka ta bywa zbyt gorzka go przełknięcia.

  1. Spowalniają ich wydawcy.

Dotyczy to pisarzy, którzy mają w kontraktach klauzulę wyłączności, czyli mogą wydawać książki tylko u jednego wydawcy, aż do wypełnienia kontraktu. Nie ma statystyk na ten temat, ale zakładam, że większość pisarzy jest w takiej sytuacji.

Nakłady są niskie, więc aby utrzymać obroty, wydawnictwa musza wydawać jak najwięcej różnorodnych tytułów. Niestety, ani moce przerobowe, ani kalendarz wydawniczy nie są z gumy.

W przypadku nie-bestsellerowego planktonu, dla wydawnictwa lepiej wydać po jednej książce wielu pisarzy niż wiele książek jednego pisarza. Wiadomo: dywersyfikacja, niewkładanie wszystkich jajek do jednego kosza itd.

Jeżeli więc piszesz więcej niż jedną książkę rocznie, a nie jesteś pierwszy w porządku dziobania (czyli bestsellerowy), masz przejebane. Twoja jedyna nadzieja w tym, że odniesiesz wystarczająco duży sukces, by wydawca zrobił w kalendarzu wydawniczym więcej miejsca dla ciebie, cudzym kosztem okfors. W przeciwnym razie, to twoje książki będzie odkładane w czasie na rzecz bardziej perspektywicznych pisarzy.

Ewenementem na polskim rynku jest Remigiusz Mróz, który współpracuje z kilkoma wydawnictwami naraz, a te i tak za nim nie nadążają 😀

Ciąg dalszy w poniedziałek.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.orig10.deviantart.net