Niezależność i obrotowość sa kluczowe, by debiutant był w stanie rozwinąć skrzydła na rynku literackim w Polsce A.D. 2019. Szczegóły znajdziecie w poście „Absolutne minimum umowy z wydawcą”. Wracam do niego, bo w ostatnim czasie pojawił się smutny przykład na to, jak zlekceważenie aspektu obrotowości może zablokować karierę. Aha, nie podam nazwiska pisarza, nawet nie podpuszczajcie. Powiem tylko, że to na szczęście nie ja.

Muszę przyznać, że wydawnictwo łebsko podeszło do tematu, bo udało im się udupić autora dość niewinnie brzmiącym zapisem. Zagwarantowali sobie bowiem prawo pierwokupu książek, które biednemu skrybie uda się w przyszłości popełnić.

Fajnie, nie? Wydawca jest zainteresowany kupieniem wszystkiego, co autor napisze, każdy by tak chciał! Bajka!

Gorzej jeżeli współpraca nie przebiega bajkowo. Nie widziałem kontraktu na własne oczy, ale jeżeli nie znalazły się w nim żadne klauzule czasowe, w jakich wydawca ma się wykokosić z decyzją, to mamy gotowy przepis na katastrofę.

Na łasce wydawcy

W ostatnim czasie okazało się, że premiera pierwszej książki autora po raz kolejny została przesunięta na nie wiadomo kiedy: nie ma jej nawet w zapowiedziach. Wiadomo, jak robić roszady w kalendarzu wydawniczym, to najlepiej kosztem debiutanta. Biedak czeka na swój debiut już ponad trzy lata, a ponoć tak długi czas oczekiwania to bardziej reguła niż wyjątek. Brrrr… horror. Ale mniejsza o większość.

Gorzej, że w międzyczasie pisarz skończył dwie kolejne książki i nie może z nimi nic zrobić. Kontrakt nie został jeszcze wypełniony. Najpierw pierwsza książka musi ujrzeć światło dzienne, potem wydawca musi łaskawie zdecydować, czy weźmie następną. I tę trzecią też, ale po wydaniu drugiej ofkors (jeżeli ją weźmie), czyli potencjalnie po kolejnych latach czekania. I tak (w najgorszym razie) z każdą następną, aż do końca kariery pisarza, która, pod takim jarzmem, zapewne skończy się prędzej niż później.

Dziwicie się? Wasz partner biznesowy leci sobie w kulki, a wy nie możecie nawet zabrać swoich zabawek i pójść do innej piaskownicy. Mało tego, nie możecie wziąć do innej piaskownicy zabawek które macie w domu, dopóki ich nie przyniesiecie i wasz obecny partner się nimi nie pobawi. Gdy się na to spojrzy przez taką dziecięcą analogię, to aż dziw bierze, że ktokolwiek coś takiego podpisał. A jednak. Widzicie już, dlaczego obrotowość jest najważniejsza?

Złamane marzenia

Kiedy poznałem komentarz autora do zaistniałej sytuacji, serce mi pękło. To wyglądało jak końcowy etap, w którym nie miał już nawet siły się wkurzać i… zobojętniał 🙁

Mam szczerą nadzieję, że wydawnictwo zwolni autora z kontraktu, albo posunie się na tyle daleko w zaniedbaniach, że autor zyska argumenty prawne do wypowiedzenia umowy bez odszkodowania. Trzymam kciuki.

Stara prawda mówi, że kontraktów nie podpisuje się zakładając, że wszystko będzie dobrze, tylko że wszystko się spieprzy. Nie wolno podchodzić do negocjacji w różowych okularach. Trzeba liczyć na najlepsze, ale spodziewać się najgorszego.

Nie odbierajcie sobie możliwości współpracy z kilkoma wydawcami jednocześnie, zwłaszcza jeżeli piszecie w wielu gatunkach. Obrotowość przede wszystkim! I na litość boską, przed podpisaniem umowy wysupłajcie hajs na prawnika od praw autorskich. Kasa, którą raz wydacie, zwróci się wam po stokroć.

Albo olejcie to i wydajcie się sami 🙂

Powodzenia 🙂

Leszek Bigos a.k.a. Wkurzony Pisarz

 

Zdjęcie: www.themarysue.com