Jakby ktoś nie wiedział, gatekeeper (strażnik bramy) to osoba, która ocenia propozycje wydawnicze i decyduje, czy nadają się do publikacji.

Ostatnio przywołałem osobę Deana Wesley Smitha. Niejako w pakiecie przypomniała mi się jego anegdota, która sprowokowała mnie do napisania dzisiejszego posta.

Na którymś konwencie Dean rozmawiał z jakimś redaktorem magazynu SF światowej klasy. Redaktor w pewnym momencie stwierdził: „no i miałem takie fajne opowiadanie, ale nie wziąłem go, bo ten-i-ten pisarz napisał coś takiego w 1957-mym”.

Dean o mało go nie uderzył. „Serio??? Odrzuciłeś dobre opowiadanie, bo ktoś napisał coś podobnego 50 lat temu???”

Dla mnie ta anegdota wyczerpuje temat gatekeeperów.

To nie jest tak, że gatekeeperzy chcą źle. Są prawdziwymi ekspertami, znają się, zjedli zęby na swoim gatunku, ich opinia jest naprawdę wartościowa. Szukają dzieł, które wniosą do gatunku powiew świeżości, skierują go na inne tory albo zdefiniują na nowo.

Problem polega na tym, że czytelnicy, w zdecydowanej większości, ekspertami nie są i nawet nie próbują być. Biorą książkę do ręki po to, by się dobrze bawić. Na dobrą sprawę, poza purystami i krytykantami, którzy uwielbiają toczyć jałowe dyskusje, opinia gatekeeperów nikogo nie interesuje.

90% czytelników czyta książkę i mówi: fajna albo nie. 90% czytelników nie wie, że ten-i-ten pisarz napisał coś takiego w 1957-mym i gówno ich to obchodzi. Innymi słowy, opinia gatekeeperów na temat tego, co jest dobre, a co nie, częściej rozmija się z opinią czytelników niż pokrywa.

Najlepszym dowodem na to są historie o tym, ile-nascie/dziesiąt razy wydawcy odrzucali książki, które potem rozbiły bank. Wiedza, najnormalniej w świecie, staje gatekeeperom na drodze w ocenie tego, czy coś jest fajne czy nie. No i, przede wszystkim, podczas swojej pracy musieli przeczytać nieprawdopodobną ilość gówna, co zaburzyło ich percepcję. W sumie to chwała im za to, bo tak naprawdę, najważniejszą funkcją gatekeepera jest odsiewanie dobrych warsztatowo tekstów od grafomanii, a dopiero w drugiej kolejności przyglądanie się im pod kątem oryginalności, czy potencjału sprzedażowego. Po prostu, moim zdaniem, gatekeeperzy są jak weterani wojenni: przeszli (przeczytali) w życiu tyle, że nie są w stanie dać się porwać historii tak, jak naturszczyk.

W przypadku indie publishingu gatekeeperów nie ma. Wszystko oceniają ostateczni odbiorcy – czytelnicy. Tak jest bardziej sprawiedliwie, no i pisarz nie ma na kogo zwalić winy.

Jeżeli książka jest dobra, czytelnicy dadzą ci to odczuć. Jeżeli jest zła… uuu, panie 😉 Dowiesz się o tym. I będzie bolało 😉

Jak by nie patrzeć, tradycyjny publishing stanowi lwią część światowego rynku, a w Polsce praktycznie całość. Gatekeeperzy są i pozostaną. Co z tym fantem zrobić?

Ano nic 🙂 Po prostu nie przejmuj się odrzuceniem! 😀 Kłania się piąta zasada biznesowa Roberta Heinleina, link TUTAJ.

Aha, no i pisz dalej 🙂

Pa!

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.digcontent.com