Piszę sporo o pieniądzach, ale to nie jest tak, że uważam pisarstwo za dojną krowę i dlatego chcę pisać. Przeciwnie. Jeśli się przyjrzycie, to podstawowym punktem odniesienia w moich wyliczeniach jest średnia krajowa. Niezbyt ambitnie, co?

Problem polega na tym, że LUBIĘ pisać i nie chciałbym robić niczego innego. Wybrałem taki, a nie inny punkt odniesienia, bo wiem, że choćbym zarabiał na etacie trzy średnie krajowe, a z pisania wyciągałbym jedną średnią to i tak bym rzucił etat, by pisać na pełen zegar. Wyszedłem bowiem z założenia, że jeżeli uda mi się dojść do tego miejsca, to gdy przejdę na zawodowstwo i zwiększę produktywność, to będzie już tylko lepiej. Górnej granicy przecież nie ma.

Pisanie jest fajne. Tworzenie światów i bohaterów jest fajne. Puszczanie wodzy wyobraźni jest bardzo fajne. Nawet szukanie materiałów jest… ok. W pisaniu wszystko ci wolno i to jest zajebiste.

Czasami ciężko mi zasiąść do pisania po całym dniu „etatowego” siedzenia i lampienia się w komputer, ale kiedy już się przemogę i zacznę, to zawsze jest super i zawsze mam satysfakcję. Kiedy napiszę jakąś trudną lub emocjonalną scenę to często nie mogę spać, bo umysł już kombinuje, co by tu dalej, jak by tu jeszcze bardziej bohaterom skomplikować życie. Jakiś czas temu popłakałem się przy pisaniu, sam do tej pory nie mogę w to uwierzyć. 35-letni chłop siedzi przy komputerze, stuka w klawiaturę i płacze, wyobrażacie sobie? 😀

W takich chwilach myślę, jaka szkoda, że nie odkryłem pisania wcześniej… kto wie, w jakim miejscu byłbym dzisiaj? Pochłonęła mnie wówczas muzyka i inne formy ekspresji, ale ich wspólną cechą zawsze było opowiadanie historii. Z drugiej strony moja pisarska stylówa, jeżeli tak już ją można nazwać, została wykuta z innego materiału: nie przesiąkłem niepisanymi regułami więc moje pisanie jest stosunkowo świeże, nie trąci tak bardzo banałem. Tak przynajmniej chciałbym, żeby było 😉

Jedno jest pewne: jestem już ukształtowanym facetem i nie grożą mi sezonowe zajawki. Prawie w ogóle nie oglądam filmów, gry komputerowe nudzą mnie po pół godzinie, knajpy i kluby dawno mi się przejadły. Z zajawek zostały mi podróże, zwłaszcza w góry, ale chyba, co do zasady, staję się typem stacjonarnym. Sto razy wolę coś poczytać albo napisać.

Na pracę nie narzekam, ale jak sobie pomyślę, że mógłbym te cenne osiem godzin dziennie poświęcać na tworzenie nowych światów i przedstawianie ich ludziom… to byłby dla mnie EPIC WIN 😀 Po prostu nie wyobrażam sobie, by nie spróbować!

Stąd eksperyment indie. Żebym mógł spełnić moje marzenie, zajawka nie wystarczy. Trzeba zapierdalać – wyznaczać cele długo i krótkoterminowe, pewne stałe rytuały. Pisanie ma stać się nawykiem takim, jak siłownia i dieta dla fitness freaków, czy bieganie dla biegaczy, którzy nie wyobrażają sobie, żeby mieli nie wyrobić dziennej normy kilometrów.

Porównanie jest o tyle dobre, że na dłuższą metę nie zmusisz się do biegania ani do siłowni. Musisz to lubić tak, jak ja lubię pisanie. Dzięki temu pruski dryl, jaki zamierzam sobie narzucić, wcale nie będzie jakimś jarzmem, które muszę dźwigać. Przeciwnie: mam nadzieję, że pisanie pomoże mi zrzucić jarzmo, które dźwigam teraz 😛

No i endorfinki… po napisaniu czegoś konkretnego mam satysfakcję jak biegacz po treningu. Zmęczony, ale z bananem na gębie 🙂 Mechanizm wkręcania się w pisanie działa identycznie: widzisz progres, i chcesz jeszcze, a efekty przechodzą najśmielsze oczekiwania.

Wiem to z autopsji, bo cztery lata temu, jako kompletnie niewytrenowany grubasek, ruszyłem dupę i po 25 tygodniach planowego treningu biegowego udało mi się ukończyć pełny maraton: 42,195 km.

Patrzę na cel eksperymentu indie, na wyliczenia, mówiące kiedy można zacząć żyć z pisania, i uważam, że cel jest trudny, ale jak najbardziej do osiągnięcia. Eksperyment indie to nie jest hazard, tylko konkretny plan treningowy, który ma doprowadzić mnie do upragnionego celu: robienia zawodowo tego, co lubię najbardziej i co mi najlepiej wychodzi. Nie nastawiam się na kokosy z pisania, choć są możliwe i to właśnie na ścieżce indie.

Chcę zarabiać na pisaniu, żebym nie musiał już marnować czasu na nic innego.

Chcę żyć z pisania, żebym mógł pisać JESZCZE WIĘCEJ!

Póki co, wszyscy, którym mówię o moim marzeniu, pukają się w głowę. Byłbym chyba pierwszym pisarzem fikcji literackiej w Polsce, który z sukcesem od zera rozbujał karierę indie publishera, a pierwszy zawsze ma najgorzej. Najgłośniej zaś śmieją się ci, którzy powinni być teoretycznie najbardziej otwarci i mieć najszersze horyzonty, czyli środowisko fantastyki. Smutne, nie?

Kiedy cztery lata temu grubasek mówił znajomym, że za pół roku przebiegnie maraton, to też się śmiali 😉 Cieszę się, że wówczas mi się udało. Nauczyłem się mieć wszystkich w dupie i robić swoje. Wiem bowiem, że w ostatecznym rozrachunku osiągnę to, co chciałem, a oni pozostaną tam, gdzie byli.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.artgonewildgalleries.com