Witajcie 🙂

Długo się nie odzywałem, bo… nie miałem nic do powiedzenia 😉 Wyprztykałem się z tematów, a nie było sensu postować na siłę. W każdym razie wracam do wkurzonego blogowania, a na pierwszy ogień idzie raport z Eksperymentu Indie.

Najchętniej bym się w ogóle nie odzywał, bo nie ma z czego być dumnym, ale sam nakręciłem temat, a jest Was tu ponad cztery tysiące i należą się Wam jakieś wyjaśnienia.

Otóż, jak dotąd, Eksperyment to porażka, ale z zupełnie innych powodów niż bym się spodziewał. Przyczyną niepowodzenia są bowiem kwestie jakościowe, a nie ilościowe.

Napisałem w ramach Eksperymentu ok. sto tysięcy słów, wliczając w to posty na bloga. Założyłem sobie dwieście, ale był to cel na zasadzie „chcesz indyka, żądaj byka”. Sam bym się zdziwił, gdyby udało mi się osiągnąć dwieście tysięcy już teraz. To trochę jakbym przebył połowę maratonu, ale dziecięcymi kroczkami. Po prostu wiem już, że gdy dojdę do wprawy i nabiorę większej wiary we własne umiejętności (czyt. „urosnę”), to dwieście tysięcy jest spokojnie w moim zasięgu, a kto wie, kiedyś może i trzysta.

Sto tysięcy słów przełożyło się na półtorej książki. Pierwszą skończyłem, lecz zdecydowałem się jej nie publikować z powodów opisanych TUTAJ. Drugą (fantasy) napisałem do połowy, lecz gdy przeczytałem ją po dłuższej przerwie, także skończyła w szufladzie. Trzecią książką miał być thriller/dramat psychologiczny. Temat kobiecy i bardzo poważny. Zbyt poważny, bym mógł pozwolić sobie na spieprzenie go. Przez trzy miesiące przeczytałem wszystkie mądre książki na rynku, rozmawiałem z ekspertami, a także z samymi kobietami, a gdy w końcu usiadłem do pisania… nie dałem rady. Każde zdanie było męką. Pierwszy raz w życiu czułem, że jakiś temat mnie przerasta. Odłożyłem go na półkę i jeżeli do niego wrócę, to dopiero, kiedy będę miał własne dzieci… są granice empatii, pewne rzeczy trzeba po prostu poczuć w środku.

Gdyby z moim pisaniem było wszystko w porządku, to do końca roku skończyłbym dwie książki, a przynajmniej jedną z nich opublikował. Ale tak nie jest.

Okazuje się, że mam kłopot z konstruowaniem złożonych fabuł. Ten sam problem powtórzył się w obu powieściach. Rozdrabniam się, mnożę wątki, tonę w detalach, rozgałęziam historię ponad miarę, do tego stopnia, że nie da się rozpoznać wątku głównego. Zamiast rwącej rzeki, fabuła przypomina zamulone jezioro. Woda stoi. Nic się nie dzieje.

Najgorsze, że w obu przypadkach tak się zapętliłem, że zwykłe usunięcie zbędnych scen nie pomoże, bo już nie wiadomo, które są zbędne. Szkody są nie do naprawy.

Żeby było jasne, nie chodzi o kwestie stylistyczne, czy konstrukcje pojedynczych scen. Problem jest na poziomie makro, nie mikro. Pojedyncze sceny są spoko, ale, zebrane do kupy, po prostu nie działają. Nie spodziewałem się, że napotkam taką przeszkodę. W końcu historia to historia, a powieść jest po prostu długa, prawda…? Nie wiem, może ktoś by stwierdził, że przesadzam, ale nie wypuszczę czegoś dla zasady, mimo iż w środku czuję, że nie jest WYSTARCZAJĄCO dobre.

No i dochodzimy do sedna: zbyt wcześnie zrobiłem ten „coming out” z Eksperymentem Indie. Czas mnie zweryfikował. Nie jestem jeszcze wystarczająco dobry, by dostarczyć produkt odpowiedniej jakości w takich ilościach, jakie sobie założyłem. Klasyczny przypadek: byłem tak bardzo do przodu, że mi z tyłu zabrakło.

Gdybym wiedział o sobie to, co wiem teraz i mógł cofnąć czas, nie ogłaszałbym tego pomysłu. Jedyna obawa, jaką wówczas miałem, to o brak dyscypliny i lenistwo. Publiczne ogłoszenie mojego planu miało służyć jako pręgierz i bat. Jestem straszliwym, niemożebnym wręcz prokrastynatorem więc choć nie dobiłem do 200k, to i ze stu jestem zadowolony, uwierzcie. A będzie lepiej.

Natomiast przez myśl mi nie przeszło, że mógłbym nie dać rady JAKOŚCIOWO!

No i z tym założeniem zacząłem pisać bloga. Chciałem podzielić się z ludźmi swoim entuzjazmem i wyrzucić z siebie informacje, które do tej pory przyswoiłem, a miały dla mnie dużo sensu. Przy okazji chciałem zbudować jakąś społeczność wokół swojej twórczości, żeby mieć komu pokazać te wspaniałe książki, które przecież już wkrótce napiszę 😉 I co? I „zostałem jak ten chuj z tym angielskim”, cytując klasyka 😀

Śmiechy śmiechami, ale chciałbym was wszystkich szczerze przeprosić. Jest mi po ludzku głupio i wstyd. Wybaczcie.

Pytanie: co teraz z Eksperymentem Indie? Najrozsądniej będzie pisać dalej tak, jakby trwał, czyli target 200k słów rocznie pozostaje w mocy. Trzeba wyciągnąć wnioski, a najważniejszy to taki, że na obecnym etapie, pisanie powieści bez szczegółowego planu nie wchodzi w grę. Wiem, że pisanie z góry zaplanowanej książki nie będzie tak przyjemne, ale trudno. Trzeba zapłacić frycowe, nauczyć się przestrzegać zasad, by potem, kiedyś, móc je łamać.

Drugi filar eksperymentu, czyli realizowanie celów wydawniczych, nie ma sensu, dopóki nie będę w stanie napisać pod rząd przynajmniej dwóch książek, które będą nadawały się do upublicznienia. Dopiero wtedy nabiorę jako takiej pewności, że jestem w stanie dotrzymać kroku własnej ambicji.

Innymi słowy, pisarski Eksperyment Indie trwa, ale wydawniczy Eksperyment Indie zostaje zawieszony, aż nauczę się pisać powieści 🙁

Kolejne pytanie: co dalej z blogiem? Jak mógłbym, z pozycji w której jestem, dawać komukolwiek rady dotyczące pisania i wydawania książek? Jaki ze mnie ekspert???

Żaden, ale przecież „Wkurzony Pisarz” to nie blog ekspercki i nigdy nim nie był! Zaznaczyłem to wyraźnie przy zakładaniu bloga, przypominałem wielokrotnie w postach, cały czas wisi przypominajka nad spisem treści na stronie i w zakładce „informacje” na Facebooku. „Wkurzony Pisarz” to wynurzenia teoretyczne adepta, takiego samego jak Wy.

Szukam swojej drogi w tej branży, marzę o zawodowstwie, czytam masę rzeczy na temat realiów wydawniczych i tego, jak pisać. Mam we łbie wielką chmurę informacji i muszę je jakoś uporządkować, wyrzucić z siebie. Spuścić powietrze z balonu, inaczej pęknie.

Potrzebuję „Wkurzonego Pisarza”. Dzięki tej formule mogę sobie głośno myśleć, bez bycia posądzonym o schizofrenię 😀 Przy okazji dostaję od Was pomocny feedback, a zawsze to lepiej wymieniać się myślami niż kisić we własnym sosie.

Jeżeli więc lubicie czytać „wkurzone posty”, to bardzo się cieszę i zachęcam do pozostania ze mną 🙂 Postaram się pisać regularnie, ale nie chcę ustalać żadnych terminarzy. Krytyczny poziom ciśnienia w czaszce został już wyrzucony na zewnątrz, teraz będę postował kiedy po prostu przyjdzie mi coś fajnego do głowy, czym będę chciał się podzielić.

Tymczasem, by nie było żadnych wątpliwości, przytoczę swoją przypominajkę: 😉

WAŻNE! Blog to nie gazeta: zawiera wyłącznie moje poglądy i opinie. Mogę nie znać wszystkich faktów i zwyczajnie się mylić. Nie jestem ekspertem, tylko adeptem SZUKAJĄCYM odpowiedzi: tak, jak Wy. Proszę nie traktować moich postów jak prawd objawionych, tylko podchodzić krytycznie i weryfikować informacje u wielu źródeł. Pozdrawiam i życzę miłej lektury 🙂

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

Zdjęcie: blog.reship.com