Było już o myśleniu długoterminowym, było o tym, że z indie publishingu powinno się (teoretycznie) dać wyżyć. Pora przejść od słów do czynów. A że każdy szanujący się szalony naukowiec ( 😉 ) powinien przeprowadzać eksperymenty na sobie, rozpoczynam przedsięwzięcie pod nazwą:

„EKSPERYMENT INDIE”

Cel eksperymentu: stać się w pełni niezależnym indie publisherem, czyli pisać i wydawać samego siebie oraz żyć z tego. Aby osiągnąć ten cel, daję sobie pięć lat.

Jak zamierzam osiągnąć ten cel?

Mam zamiar:

  1. Pisać jak najlepiej potrafię,
  2. Pisać dużo,
  3. Tyle samo wydawać,
  4. Budować internetową społeczność wokół swojej twórczości.
  1. Pisać jak najlepiej potrafię:

Mam zamiar wkładać pełen wysiłek, aby uzyskać jak najlepszy pierwszy draft, zgodnie z zasadami Roberta Heinleina. Nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że książkę należy redagować jak najdłużej, by zbliżyć się do ideału.

Po pierwsze: ideały nie istnieją.

Po drugie: uważam, że polerując w kółko ten sam tekst pozbawiam go stylu.

Po trzecie: niech czytelnicy decydują. Ufam w ich osąd.

Podejście „pierwszy draft albo chuj” można porównać ze spaleniem okrętów przez Corteza, gdy dopłynął do wybrzeży Meksyku. Nie ma drugiego podejścia, plan A musi się udać.

  1. Pisać dużo:

Najważniejszy jest cel długofalowy, który potem przekłada się na cele krótkoterminowe. Moim celem pisarskim jeeest…<werble>

MILION SŁÓW W PIĘĆ LAT

Prawda, że ładnie brzmi? 😉 Milion słów w pięć lat przekłada się na:

DWIEŚCIE TYSIĘCY SŁÓW ROCZNIE

CZTERY TYSIĄCE SŁÓW TYGODNIOWO

OSIEMSET SŁÓW DZIENNIE

Kiedy podzieli się ten wielki MILION na części, okazuje się, że wcale nie jest tak tragicznie, prawda?

Podzieliłem rok na 50 tygodni (w święta na bank nie będę miał czasu pisać), a tydzień na pięć dni pisania i weekend, choć można i na cztery pisarskie dni (wtedy wyjdzie okragły tysiąc słów na dzień) i trzy dni w tygodniu bez pisania. Targety dzienne traktuję jednak służebnie wobec targetu tygodniowego, bo lepiej pisze mi się w długich ciągach: wolę poświęcić jeden cały wieczór niż pisać codziennie po trochę.

Średnio piszę ok. 300-400 słów na godzinę (fikcji literackiej, bo blogi idą dużo szybciej). Zakładam, że z czasem będę coraz szybszy, ale na chwilę obecną, aby wyrobić dzienną normę ośmiuset słów, muszę poświęcić przynajmniej 2 godziny dziennie. Do tego dojdą przecież obowiązki związane z opracowaniem, wydaniem i dystrybucją książek. W międzyczasie czeka mnie kupowanie (i wykańczanie) mieszkania, no i przecież cały czas pracuję na etacie na pełen gwizdek…

Wymyśliłem niezawodny sposób, aby to pogodzić. Będę spać mniej 😀 I nie tracić czasu na pierdoły 😉

  1. Tyle samo wydawać:

Innymi słowy, nic nie idzie do szuflady. Cokolwiek napiszę, ma ujrzeć światło dzienne. Czytelnicy maja zadecydować o wartości dzieła lub jej braku.

Wydanie książki nie polega na wrzuceniu jej na Allegro 😉 Optymalnie byłoby odtworzyć jak najwięcej etapów publikacji i promocji książki, których używają tradycyjni wydawcy (z pominięciem tradycyjnej dystrybucji) i dodawać własne (to już kwestia tematu książki i własnej inwencji).

  1. Budować internetową społeczność wokół swojej twórczości:

Jak się to robi? Nie mam zielonego pojęcia, ale będę musiał się nauczyć metodą prób i błędów. Na pewno regularne prowadzenie bloga nie zaszkodzi, dlatego wliczam wszystkie posty do rzeczonego miliona słów. Rozwinięta internetowa społeczność jest nieodzowna, by funkcjonować bez potrzeby pakowania się w tradycyjny układ dystrybucyjny, który jest tak patologiczny, że robi mi się słabo.

Podstawowa zasada jest taka, że punkt czwarty pełni funkcję służebną wobec trzech poprzednich (a zwłaszcza dwóch pierwszych). Żadne magiczne sztuczki, marketingowe cuda i moc social mediów nie pomogą mi, jeżeli nie będę pisał zajebistych książek.

Może jestem naiwny, ale wierzę, że jeżeli książka jest zajebista, to prędzej czy później znajdzie swoją publiczność, a zamiast poświęcać kilka miesięcy na „promowanie” napisanej książki, najlepiej w międzyczasie napisać następną. Książkom średnim i słabym nic nie pomoże, wierzę natomiast, że zajebiste dadzą sobie radę.

Co może mi dać”EKSPERYMENT INDIE”?

Mam 35 lat. Jeżeli zakładamy, że żyjemy do osiemdziesiątki, a na ZUS nie ma co liczyć, to mam przed sobą jeszcze 45 lat aktywności zawodowej. Czymże przy tym jest marne pięć lat? 😀

Poza tym, robię to z lenistwa. Serio. Cytując klasyka, „trzeba dzisiaj nie mieć czasu, żeby jutro mieć czas” 😉 Robienie tego, co lubisz, to nie praca tylko zabawa, a ja sto razy bardziej wolę się bawić niż pracować. Bawić się przez kolejne czterdzieści lat.

Jeżeli eksperyment się powiedzie, będę mógł żyć na dobrym poziomie bez potrzeby modlenia się o bestsellery. Jeżeli zaś kiedykolwiek dojdę do poziomu bestsellera, będzie to finansowa bonanza, a nie średnia krajowa, jak u tradycyjnie wydawanych pisarzy. Zaznaczmy, że bonanza w pełni zasłużona, bo efekt będę zawdzięczał w 99 procentach swojej ciężkiej pracy. Jeżeli eksperyment się powiedzie, satysfakcja będzie nieporównywalnie większa niż gdybym doszedł do pieniędzy z tradycyjnym wydawcą.

Dodatkowo, jeżeli się uda, mógłbym zostawić dzieciom spuściznę, nad którą ONE będą miały kontrolę i z której ONE będą mogły czerpać zyski. Poza tym, nie znam lepszej inwestycji we własną emeryturę.

A teraz NAJWAŻNIEJSZE: pisanie i wydawanie samego siebie to FUN! Frajda! Wolność! 😀 Mam nad wszystkim pełną kontrolę i nie muszę użerać się z niczyją niekompetencją! Dla mnie „Eksperyment indie” to przyjemna zabawa w „Eurobiznes”, bo jak pisałem, ryzyko finansowe praktycznie nie istnieje 😀

A co mam do stracenia?

Do stracenia mam czas, który mógłbym przeznaczyć na opierdalanie się, gry komputerowe, picie piwa w knajpie czy oglądanie seriali i… to tyle. Bo wiadomo, że rodzina jest na pierwszym miejscu, więc tego czasu nie stracę. Nie mam innego pomysłu, który łączył by w sobie moje najlepsze umiejętności i pomysł na biznes. Jeżeli się nie uda, pozostanę takim samym korposzczurkiem jakim teraz jestem. Nie mam więc do stracenia absolutnie NIC.

Inna sprawa, że szanse na powodzenie mojego eksperymentu są mniej więcej takie same, jak szanse na życie ze sprzedaży książek w tradycyjnym modelu. W chwili obecnej, z samego pisania żyje w Polsce może kilkunastu pisarzy na dobre kilkanaście tysięcy aspirantów. Promil. Innymi słowy – zadanie prawie niewykonalne, co udowodniły tysiące, które weszły (i wyleciały) przez te obrotowe drzwi. Różnica polega na tym, że tradycyjnie wydawany pisarz musi się zdrowo napocić i stracić masę zdrowia, by wejść na szczyt, a okazuje się, że finansowo, jest to wejście na górę Ślężę. Skoro już inwestujesz tyle wysiłku, to dlaczego nie zaryzykować i spróbować wejść na K2? Po co po raz n-ty powielać schemat, co do którego mamy pewność, że nie działa w 99,9 procentach? Wolę wypróbować nową ścieżkę, bo, po raz kolejny, nie mam nic do stracenia.

Serdecznie pierdolę wariant hobbystyczny na jaki skazana jest zdecydowana większość pisarzy, nic mi nie przyjdzie z losu przeciętniaka, który może, co najwyżej, pooglądać swoje książki na półce w księgarni, bo zarobić to już nie bardzo. Ścieżka indie jest równie stroma, a do tego zachwaszczona jak diabli grafomanami, ale to na JEJ końcu czeka prawdziwa nagroda więc wolę zostać indykiem. A jeżeli po pięciu latach wyjdzie, że poległem – trudno. Co najgorszego może się stać? To, że napiszę 15 książek w 5 lat i… nic się nie stanie 😀 Cytując Kargula: „Wolno mnie. Moje mleko i moje talerze” 🙂

Istnieje jeszcze opcja, że zrobię wszystko jak należy, tylko moje książki nie będą zajebiste i się nie przebiją. W takim wypadku chuj im w dupę, kamień do szyi i niech utoną, bo na nic innego nie zasługują. Ja przynajmniej będę miał satysfakcję, że próbowałem inaczej. A jak kiedyś przyjdzie do mnie wnuczek, to pokażę mu kilka(naście) swoich pozycji na półce i wkręcę mu, że byłem pisarzem 😉

Żeby zdopingować się do działania, obiecuję spowiadać się regularnie z postępów eksperymentu na Facebooku. Zapraszam do śledzenia losów „Wkurzonego Pisarza”, wystarczy polubić poniższy fanpage, by być na bieżąco.

join-me-on-facebook-small

Pozdrawiam! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

Zobacz także:

Co zainspirowało mnie do podjęcia wyzwania
Orientacyjne wyliczenia finansowe
Filozofia podejścia długoterminowego
Optymalna długość książki do eksperymentu
Najszybsza droga do celu

 

Zdjęcie u góry: www.wundergroundmusic.com