Dziś przyjrzymy się drugiemu z przykazań CENTS, opisanych w książce „The millionaire fastlane” MJ DeMarco i temu, jak na jego tle wyglądałoby wydawanie własnej twórczości w Polsce.

E jak Entry (wejście): jak trudne jest to, czym masz zamiar się zajmować? Im wyższy próg wejścia, czyli im więcej trzeba mieć zasobów materialnych, ekspertyzy lub umiejętności, by rozkręcić biznes w twojej dziedzinie, tym lepiej dla ciebie. I odwrotnie: jeżeli pierwszy lepszy koleś z ulicy może relatywnie łatwo stać się twoją konkurencją, łamiesz przykazanie wejścia.

Chciałbym bardzo wyraźnie podkreślić: przykazanie wejścia nie mówi o poziomie zasobów materialnych, ekspertyzy lub umiejętności, koniecznych do odniesienia sukcesu w danej dziedzinie. Chodzi tylko o poziom konieczny do rozpoczęcia działalności.

Mając powyższe na względzie, trzeba uczciwie powiedzieć, że indie publishing nie ma praktycznie ŻADNYCH kryteriów progowych. Właściwie trudno o branżę, do której byłoby łatwiej wejść.

Każdy może zostać pisarzem. Nie istnieje żadna organizacja, która przyznawałaby uprawnienia czy koncesje. Nie ma żadnych egzaminów zawodowych ani kontroli jakości. Możesz rozsmarować cieniutką warstewkę gówna na kartkach, złożyć je do kupy, nazwać książką i zacząć sprzedawać.

Nawet techniczny aspekt wydawania książek jest tańszy i bardziej dostępny niż kiedykolwiek. Złożenie e-booka na oprogramowaniu freeware nie kosztuje nic. Ba, nawet stworzenie fizycznego egzemplarza może cię nic nie kosztować! Już teraz wydrukowanie pojedynczej książki w modelu print on demand kosztuje w Polsce ok. 30-40 złotych, czyli mniej więcej tyle, ile książki w księgarni, a produkt dostajesz w ciągu 24 godzin. Teoretycznie więc, można już teraz finansować druk każdego egzemplarza na bieżąco z opłaconych zamówień.

A co się stanie kiedy print on demand w Polsce stanieje i stworzy margines dla zysków? W Stanach rewolucja już się dokonała, żaden indie publisher nie trzyma całego nakładu w garażu, tylko automatyzuje produkcję dzięki platformom takim jak Smashwords czy CreateSpace. Ale to już temat na osobny post, a nawet cykl postów.

Powielanie swoją drogą, ale co z samym produktem? Okładką, składem, redakcją? To też przecież kosztuje, tak? To prawda. Kosztuje, ale nie musi.

Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, by ściągnąć zdjęcie na okładkę z Google’a, włożyć w darmowy szablon z internetu, napaćkać tytuł, wlać tekst, a standardy wydawnicze, takie jak skład, redakcja, korekta… po prostu olać. Nie ma czegoś takiego jak wydawniczy Sanepid, który chroniłby rynek przed zalewem produktów niespełniających norm. I dobrze, w końcu czytelnicy sami sobie z tym lepiej radzą. Niemniej jednak to, że tworzysz gówno i z góry skazujesz się na porażkę, nie ma nic wspólnego z przykazaniem wejścia. Liczy się to, że MOŻESZ takie gówno stworzyć, nie inwestując przy tym ani grosza.

Jak to dobrze, że według obiegowej opinii, w Polsce nikt nie czyta książek, ergo, z wydawania książek nie ma pieniędzy 😀 Inaczej mielibyśmy sytuację jak w branży gier, gdzie platformy dystrybucyjne (głównie Steam) zalane są potworną ilością badziewnych indie gier. Średnia sprzedaż tak spadła, a perspektywa dotarcia do świadomości graczy tak bardzo się oddaliła, że mówi się nawet o „indie apokalipsie”. A jak tu w ogóle porównywać poziom zasobów materialnych, ekspertyzy i umiejętności, koniecznych do stworzenia gry komputerowej z tym, potrzebnym do stworzenia książki???

Wydawanie własnych książek niestety nie spełnia przykazania wejścia. Wręcz przeciwnie: droga dla debiutantów jest szeroka jak Marszałkowska, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Każdy kto chce, ten może. Ocena może więc być tylko jedna: 1/10 🙁

W następnym poście przeanalizujemy N jak Need: przykazanie potrzeby.

Do przeczytania! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

Zdjęcie: lotr.wikia.com