Nie liczy się długość książki, a jej zawartość. Książka powinna być dokładnie tak długa, jak wymaga tego opowiedzenie historii do końca. Kropka.

Jeżeli już jednak mamy bawić się w przegięcia, to moim zdaniem lepsza książka zbyt krótka niż zbyt długa. Lepiej zostawić niedosyt niż zajechać temat.

Obiektywnie patrząc, książki tyją. Według „The Guardian”, w ciągu ostatnich piętnastu lat średnia długość książki z list amerykańskich bestsellerów zwiększyła się o 25% w ciągu ostatnich piętnastu lat: z 320 stron w 1999 roku, do 400 stron w 2014-tym. Diabeł oczywiście tkwi w szczegółach (a konkretnie w wielkości czcionki i odstępach między wierszami) jednak można spokojnie przyjąć, że jest to ok. 90 tysięcy słów. Tekst „Guardiana” utrzymany jest w takim tonie, że dzięki cyfrowej rewolucji, książki mogą być dłuższe, bo uwolniły się w końcu z okowów papieru: że wreszcie nie trzeba nosić cegieł w plecaku, dlatego pisarze nie muszą się krepować długością i mogą pisać tak długie dzieła, jak chcą. Sugerują też, że książki długie = książki ambitne, jakby krótkie książki były automatycznie gorsze. Co za farmazon i bujda na resorach…

To może teraz trochę historii.

Na początku XX-wieku w Stanach Zjednoczonych, zdecydowana większość powieści ukazywała się w czasopismach, miedzy opowiadaniami i artykułami. Ich standardowa długość wynosiła ok. 30-40 tysięcy słów. Kiedy w latach 50-tych paperbacki wyparły czasopisma, powieści musiały dawać sobie radę same. Wzrósł koszt ich wydania. W magiczny sposób urosła też średnia grubość powieści, do około 50 tysięcy słów.

W latach 80-tych recesja uderzyła mocno w amerykański system dystrybucji książek. Nałożyło się na to kilka czynników: m.in. kryzys paliwowy i patologiczny system zwrotów, a także, co nie do przeoczenia, bardzo duże koszty stałe wydawców (kryzys na rynku nieruchomości). W związku z tym, że etaty i biura w najdroższych na świecie wieżowcach na Manhattanie same się nie utrzymają, trzeba było znaleźć pretekst by podnieść ceny książek tak, by nie stracić czytelników. Koszty papieru i druku aż tak bardzo nie poszły do góry, więc najprostszym rozwiązaniem było wymóc na pisarzach dostarczanie dłuższych utworów. Dzięki temu można było powiedzieć klientom: „płacicie więcej, ale za to dostajecie grubszą książkę, więc podwyżka jest fair”.

W kontraktach zaczęły pojawiać się zapisy o minimalnej długości manuskryptu. Wartości te rosły stopniowo, a pisarze związani kontraktem nie protestowali, no bo co: w końcu jest kryzys, a każdy chce jeść. W tej sposób, w ciągu mniej więcej dwudziestu lat, standard podskoczył do 90 tysięcy słów dla normalnej powieści i 100 tysięcy dla powieści historycznych i fantasy.

Z tego co pisze „The Guardian”, trend się utrzymuje, ale nie kupujcie bajek o „cyfrowej wolności”. Świat dźwiga się z kryzysu ekonomicznego, a książki są na samym końcu hierarchii ludzkich potrzeb. Wydawcy stawiają na przyciąganie klientów dobrą relacją grubość/cena, przy czym jedno rośnie szybciej od drugiego.

Kto na tym wychodzi najgorzej? Oczywiście pisarz, który na swoją procentową jałmużnę musi zapierdalać dwa razy dłużej. Ale nikt nie jęczy, bo pamięć jest krótka: nikt nie patrzy na to, jak było kilkadziesiąt lat temu.

A teraz szczerze: lubicie czytać cegły? Co się stało z krótkimi, a treściwymi książkami?

O tym za tydzień.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

Grafika: www.i.ytimg.com