Zapytałem kiedyś Elżbiety Cherezińskiej, kiedy udało się jej przejść na zawodowstwo. Powiedziała, że po wydaniu „Ja jestem Halderd”, drugiego tomu cyklu „Północna droga”, czyli około pięć-sześć lat po wydaniu pierwszej książki. W jednym z wywiadów Katarzyna Bonda przyznała, że jej pierwsze trzy książki słabo się sprzedawały, więc na logikę, najszybsza opcja to „Tylko martwi nie kłamią”, trzy lata po wydaniu debiutu. Przełomem dla Szczepana Twardocha była „Morfina” (pięć lat od wydania debiutu), z kolei Remigiusz Mróz przeszedł na zawodostwo po niecałych dwóch latach od debiutu, czyli szybko.

Podkreśliłem słowo „wydanie”, bo powyższe informacje nie uwzględniają czasu poświęconego na napisanie książki, ubieganie się o wydanie, wreszcie samego procesu wydawniczego. Spokojnie można doliczyć każdemu autorowi dwa lata.

Mówimy tu o mega utalentowanych postaciach, czołówce polskich pisarzy. Mimo swojej zajebistości musieli tak długo czekać na sukces. A co mają powiedzieć zastępy pisarzy, którym niczego odmówić nie można, a mimo to pisanie jest dla nich tylko miłym dodatkiem do „normalnej” pracy? Nie mówię nawet o pisarskim planktonie. Pisarstwo to, bez wątpienia, dyscyplina długodystansowa.

Realia rynku w Polsce są takie, że aby żyć z pisania, musisz wykręcać bestsellerowe nakłady. Nie ma czegoś takiego jak „midlist writers”, czyli pisarska „klasa średnia”. Niestety w tradycyjnym modelu wydawania książek, pisarz może kontrolować jedynie ilość i jakość swojego pisania. Cała reszta może się spieprzyć bez jego winy: od problemów redakcyjnych, przez błędne zaklasyfikowanie gatunkowe książki, nietrafioną okładkę, niską jakość druku, zbyt mały nakład, nierównomierną dystrybucję, brak promocji itp. Nawet, kiedy wszystko pójdzie dobrze i książka się sprzeda, to niefrasobliwy wydawca może nie zadbać na czas o dodruki i popyt zdechnie, mało jest takich historii?

Talent to za mało, żeby odnieść sukces, trzeba mieć farta, że wszystkie te elementy zagrają jak trzeba. Każdy fuckup niezależny od autora wystawia jego cierpliwość na jeszcze cięższe próby. Wielu, po kilku nieudanych podejściach, po prostu poddaje się. Mają dosyć użerania i trudno ich za to winić.

Jeżeli liczy się na cokolwiek w tej branży, cierpliwość jest nieodzowna. Napaleńcy nie mają tu czego szukać. Na sukces pracuje się latami i z takim założeniem podszedłem do swojego planu. Jestem praktycznie pogodzony z faktem, że nie zobaczę jakiegokolwiek progresu nawet do dziesiątej wydanej książki.

Z drugiej strony, jak tak patrzę na losy czołowych pisarzy w Polsce, to wcale nie uważam, by mój Eksperyment Indie musiał być dłuższą drogą do sukcesu niż droga tradycyjna. W żadnym wypadku nie porównuję się do Bondy czy Cherezińskiej, mogę tylko dawać najlepsza rozrywkę, na jaką MNIE stać. Za to niemal cały aspekt biznesowy będzie pod moją kontrolą! Mogę wypuszczać książki, z których od początku do końca będę dumny.

Żeby zacząć żyć z pisania jako indyk, wcale nie potrzebuję bestsellerowych nakładów: wystarczy mi nieco ponad 2300 książek sprzedanych w ciągu ROKU. Zgodnie z założeniami eksperymentu, w ciągu pięciu lat mam ich wydać piętnaście, więc pod koniec eksperymentu potrzebowałbym sprzedać ROCZNIE średnio 153 sztuki każdego tytułu. Brzmi realniej, prawda?

W moim planie również czeka masa pułapek, ale tutaj to JA będę odpowiedzialny za błędy i będę miał moc, by je naprawić. Również jestem niecierpliwy i chciałbym móc zajrzeć do kryształowej kuli, ale wtedy pozbawiłbym się przyjemności, jaką daje sama podróż. A coś mi mówi, że dzięki pracowitości, moja cierpliwość może zostać nagrodzona szybciej niż pisarzy, którzy ubiegają się o wydanie swoich książek tradycyjną drogą.

Trzymajcie kciuki 🙂

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

 

Zdjęcie: wall-pix.net