Dobre pisanie to, moim zdaniem, 50% sukcesu w indie publishingu. Drugie 50% to pozytywne nastawienie do ciągłego poznawania nowych rzeczy. Do nauki. Rzeczywistość szybciej się komplikuje niż dojrzewa, a branża wydawnicza nie jest wyjątkiem. Jeżeli przeraża cię perspektywa, że ZAWSZE jesteś w plecy z wiedzą i musisz nadganiać, to idź do tradycyjnych wydawców, już oni się tobą zajmą 😉 Dobry indyk powinien takie sytuacje traktować jako wyzwanie, frajdę, okazję, a nie zagrożenie.

Tym bardziej, że z reguły będzie to nauka na żywym organizmie i na własnych błędach. A popełnisz ich wiele. Ja też się nastawiam, że popełnię wszystkie babole, jakie są możliwe. Tyle że moje nastawienie do błędów jest pozytywne. Nie paraliżuje mnie perspektywa ich popełniania.

Traktuję Eksperyment Indie trochę jak grę w „Eurobiznes”, albo jakąś strategię na PC 🙂 Zaczynam od małych kroczków. Będę robił niewielkie nakłady, nie mam zamiaru szarżować z kasą, żeby błędy, które z pewnością nadejdą i to nie wiadomo z której strony, nie kosztowały mnie wiele. Pierwsze trzy lata eksperymentu z pewnością będą taką wydawniczą piaskownicą. Kiedy łyknę wystarczająco dużo wiedzy i poczuję się na siłach, założę firmę, którą będę prowadził, pracując cały czas na etacie, by już łapać podstawy. Przy mojej skali i z etatem w odwodzie, jest to praktycznie bezkosztowe. Jestem pewny, że dam sobie radę, bo podchodzę do takich wyzwań z entuzjazmem.

Kiedy jeszcze nagrywałem muzykę, odpowiadałem za kwestie poligraficzne przy wszystkich płytach. Pamiętam, że cały proces był jednym wielkim fristajlem, bo nie miałem o tym zielonego pojęcia. Musiałem wszystko rozkminić, od koncepcji, przez ogarnięcie sesji zdjęciowej, tekstów, znalezienie grafika, wycenę, koordynowanie prac, potem porównanie ofert drukarni, wreszcie sam druk. Jarałem się jak małolat w sklepie z zabawkami.

Z TEJ OKŁADKI jestem najbardziej dumny. Wymyśliłem całą historię, dialogi oraz podpisy pod utworami, zorganizowałem fotografa, kostium, rekwizyty, plener, potem stworzyłem makietę komiksu tak, że grafik wiedział co ma robić, praktycznie co do milimetra. To był 2011 rok i powiem nieskromnie, że był to najładniej wydany nielegal jaki w tamtych czasach widziałem.

Przy TEJ OKŁADCE było podobnie, natomiast tu też miał miejsce poważny fuckup, a wina leżała fifty-fifty po stronie mojej i drukarni. Źle dobrałem parametry kartonu digipacka (za cienki, kompletnie nie nadawał się do lakierowania) i papieru wkładki (za gruba, źle przycięta), natomiast oni nie wyprowadzili mnie z błędu, co powinni zrobić 😉 Inna sprawa, że dodali od siebie swoje fuckupy. To, co przyszło z drukarni było kompletnie nie do zaakceptowania, na szczęście przyjęli reklamację i ten błąd nic nas nie kosztował. Uf, no właśnie 🙂 Trzeba przygotować się na takie historie, najlepiej zaczynając od małych kroczków.

Powyższe okładki były większym wyzwaniem niż stworzenie okładki książki, ale przecież wiadomo, że na niej się świat nie kończy. Chodzi bardziej o pokazanie nastawienia wobec złożonego projektu. Ktoś, kto ma doświadczenie jako przedsiębiorca, może parsknąć śmiechem na moje wypociny, ale niech zda sobie sprawę, że ma do czynienia z gościem, który całą karierę spędził na etacie, z tego połowę w urzędzie. Innymi słowy, co ja mogę wiedzieć o życiu 😛 Dla mnie ten projekt to nie tylko próba spełnienia marzeń, ale również gruntownej zmiany spodobu myślenia i funkcjonowania. Więc odpuśćcie z krytyką, plis, dajcie „dziecku” pobawić się w przedsiębiorcę 😉

Rozkręcanie wydawnictwa idzie ramię w ramię z pisaniem. Jeżeli traktujesz to jak dopust boży, prędzej czy później odpuścisz. Jeżeli zaś traktujesz to jako okazję do rozwoju, a przede wszystkim FUN, to jesteś na dobrej drodze. Kiedy ci się uda, staniesz się artystą ORAZ biznesmenem, how cool is that? 😀 +500 do zajebistości 😛

Pozdrawiam 😀

Leszek Bigos ztj Wkurzony Pisarz

 

Obrazek: quotefancy.com