Dziś przyjrzymy się pierwszemu z przykazań CENTS, opisanych w książce „The millionaire fastlane” MJ DeMarco i temu, jak na jego tle wyglądałoby wydawanie własnej twórczości w Polsce.

C jak Control (kontrola): na ile sprawujesz kontrolę nad warunkami, w których prowadzisz biznes? Czy masz wystarczającą elastyczność? Czy nie jesteś w zbyt dużym stopniu zależny od jednego konkretnego partnera biznesowego?

Przykładowo: jeżeli produkujesz sałatę, a twoim jedynym odbiorcą jest Biedronka, łamiesz przykazanie kontroli. Jeżeli wszyscy twoi klienci trafiają do ciebie przez wyszukiwarkę Google, łamiesz zasadę kontroli.

Analogicznie: jeżeli wydajesz swoje książki i np. podpisałeś umowę dystrybucyjną na wyłączność z jedną siecią księgarską, albo z Amazonem w ramach Kindle Unlimited, łamiesz przykazanie kontroli. Jeśli sprzedajesz książki tylko na Allegro, łamiesz przykazanie kontroli. Jeśli jedyna forma promocji, jakiej używasz, to Facebook Ads, łamiesz przykazanie kontroli, itd. itp.

W przykazaniu tym chodzi o to, by nie wkładać wszystkich jajek do jednego kosza, zwłaszcza, że wtedy to nie ty trzymasz ten kosz, tylko partner biznesowy milion razy potężniejszy od ciebie. Jedna przetrzymana przez niego faktura może cię kosztować płynność finansową. Jedna zmiana polityki firmy lub tajemnego algorytmu wyszukiwania może cię wysadzić z interesu.

Nie zrozumcie mnie źle, nawet łamiąc przykazanie kontroli można dobrze prosperować, niemniej jednak stawia cię to w grupie wysokiego ryzyka jeżeli chodzi o trwałość biznesu. Boleśnie przekonali się o tym youtuberzy, zwłaszcza ci, którzy tworzyli treści przeznaczone dla dojrzałych widzów. Niedawno Youtube wdrożył program Youtube Heroes, którego członkowie stanowią, de facto, policję youtubową. Mogą oni m.in. flagować filmy i całe kanały, który nie są „family friendly”. Z dnia na dzień tysiące youtuberów straciły wszystkich reklamodawców.

A teraz pobawimy się w teoretyzowanie 🙂 Jak wygląda rzeczywistość początkującego indie publishera przez pryzmat przykazania kontroli?

Startujesz trzymając wszystkie karty w ręku, lecz rynek książki w Polsce jest tak skonstruowany, że aby na nim zaistnieć musisz na dzień dobry oddać całą talię. Zostajesz z parą dziewiątek 😛

Nie trzeba nawet studiować umów, by się o tym przekonać. Wystarczyło poczytać sobie głosy wszystkich zainteresowanych stron przy okazji niedawnej awantury o ustawę o jednolitej cenie książki. Wydawcy korzystali z okazji i skwapliwie wyrzygiwali wszystkie swoje żale, jak to realia rynkowe ich duszą. Złodziejskie marże, złodziejskie manipulacje płatnościami, złodziejskie praktyki dyskontowe, skurwysyńska polityka zwrotów, wymuszanie dodatkowych obciążeń na rzecz „promocji”, zero kontroli wydawcy nad dalszym losem produktu… ogólnie kicha w szmacie. Z drugiej strony czego się spodziewać? Rynek kontroluje pięciu hurtowników i trzy (ups, sorry, już dwie 😛 ) sieci księgarskie, którzy wespół robią, co im się żywnie podoba.

Ale nie martw się, na 99,9 procent i tak nie jesteś godzien, by dostąpić zaszczytu udziału w tej kołomyi 😀 Jeżeli nie wydajesz przynajmniej kilku książek rocznie, by wygenerować jako taki obrót, hurtownie nawet na ciebie nie spojrzą: dla nich to więcej papierologii niż pożytku.

Innymi słowy, najprawdopodobniej realia ZMUSZĄ CIĘ do wzięcia pełnej kontroli we własne ręce, czy tego chcesz, czy nie. Będziesz musiał sam swoich czytelników… „wyhodować”, z braku lepszego słowa. Zbudować swoją obecność poza tradycyjnym obiegiem dystrybucyjnym: własne kanały sprzedaży i własne kanały promocji.

Tak naprawdę poziom kontroli, jaki wtedy masz, jest przerażający, obezwładniający wręcz. Jak sobie pomyślę, ile już teraz istnieje narzędzi, które pozwalają bezpośrednio dotrzeć do czytelników, ogarnia mnie paraliż. Ale jest to paraliż połączony z ekscytacją. To nie era przedinternetowa, nie musisz już tańczyć, jak ktoś inny zagra. Ty decydujesz, co sprzedajesz, jak, za ile i którędy docierasz do ludzi. Jedyne, co cię ogranicza to wyobraźnia. Nawet nie hajs, to da się obejść kreatywnością właśnie.

Najprostszy przykład to mój fanpejdż: w ciągu pół roku udało mi się przyciągnąć cztery tysiące WAS, prawdziwych ludzi, a kosztowało mnie to trzy złote dziennie. Jedno piwo i to nawet nie kraftowe 😛 Klucz leżał w kreatywności i systematyczności: stały dopływ interesujących Was treści sprawił, że nie tylko tu przyszliście, ale też zechcieliście zostać. Dziękuję Wam serdecznie 🙂

Zastanawiałem się, jak oceniać spełnianie przez indie publishing, bądź nie, kryteriów poszczególnych przykazań CENTS i chyba skala 1-10 będzie optymalna.

W przypadku C jak Control, ocena może być tylko jedna: 10/10. Mało tego, jeżeli ma Ci się udać, nie masz innego wyjścia, tylko wziąć pełną odpowiedzialność za te 10/10.

W następnym poście przeanalizujemy E jak Entry – przykazanie wejścia. Tymczasem zachęcam do polemiki, w końcu mogę się mylić 🙂

Pozdro 🙂

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

Zdjęcie: www.theodysseyonline.com