Disclaimer: poniższy tekst zawiera tylko moją opinię. Nie jestem prawnikiem, a poniższy tekst to nie jest pomoc prawna. Polecam ZAWSZE porównywać informacje z wielu źródeł i do wszystkiego podchodzić krytycznie.

Umowa wydawnicza to temat rzeka i będziemy do niej wielokrotnie wracać. Dziś skupiamy się na absolutnym minimum, czyli… nie, nie na pieniądzach. Zapomnieliście już, że z tradycyjnym wydawcą i tak gówno zarobicie? 😀 Absolutne minimum to NIEZALEŻNOŚĆ. Potrzebne składniki to:

  1. Umowa tylko na jedną książkę

Trzeba tu obalić mit, jakoby umowy na wiele książek sprawiały, że wydawca się bardziej stara i więcej łoży na promocję, bo w końcu traktuje cię jak inwestycję długoterminową. Gówno prawda, o ile nie jesteś Katarzyną Grocholą. Umowa na kilka książek to polisa ubezpieczeniowa dla wydawcy w przypadku, gdy twoja książka sprzeda się nadspodziewanie dobrze przy „normalnym” nakładzie pracy z jego strony. Dzięki takiej umowie nie zmyjesz się bez wysiłku tam, gdzie płacą więcej. Nie czaruj się jednak: jeżeli sprzedasz się dużo poniżej oczekiwań i tak się z tobą pożegnają.

Najgorzej kiedy sprzedażowo nie ma szału, ale nie jest tak źle, by musieli z tobą zrywać umowę. Wtedy jesteś na łasce ich kalendarza wydawniczego, a premiera twojej kolejnej książki może być wiecznie przesuwana na korzyść innych, bardziej perspektywicznych pisarzy. Innymi słowy, jeżeli nie zadbasz o przyzwoite terminy w innych zapisach umowy, jesteś zablokowany i bez wpływu na cokolwiek. Możesz co najwyżej pisać do szuflady i czekać (latami) aż kontrakt zostanie wypełniony.

Inny minus kontraktu na wiele książek to patologiczna praktyka tzw. „koszykowej księgowości”. Polega na tym, że rozliczenia za wszystkie twoje książki są wrzucane do jednego wora i uśredniane. Jeżeli więc jedna z twoich książek zrobi klapę, a druga sprzeda się świetnie, to zysk z hitowej książki pokrywa „straty” z drugiej. Zaznaczmy, że na rachunek zysków i strat wpływa wszystko, także koszty promocji. Może to być nawet kawa pani asystentki, nie jesteś w stanie tego zweryfikować. Jeżeli więc trafisz na wydawcę-skurwysyna, to z taką umową już on się postara, byś nie zobaczył ani grosza, mało tego, możesz wylądować z długami wobec wydawcy, które będziesz mógł „wykupić” – a jakże – następną książką.

Starczy tych negatywów. Kontrakt na jedną książkę ucina wszystko: daje wolność i komfort psychiczny. Jeżeli współpraca z wydawcą układa się dobrze i chcesz ją przedłużyć, nie ma problemu! Podpisz kolejny kontrakt na jedną książkę. Bądź jednak czujny i wystrzegaj się prób założenia „koszyka”.

Na szczęście, w polskich realiach, standardem stają się kontrakty na jedną książkę z opcją pierwszeństwa w negocjacjach w przypadku sukcesu. Tu też uważaj: stawiaj jak najkrótsze terminy, w których wydawca ma się zdeklarować, czy chce kontynuować współpracę czy nie, by jego opieszałość nie działała na twoją szkodę, a najlepiej (jeżeli się uda), staraj się usuwać takie zapisy w ogóle. Po co ograniczać sobie pole manewru?

  1. Kontrakt z konkretną datę wygaśnięcia udzielonych licencji

Dotyczy to także wszystkich pól eksploatacji (np. e-booki, audiobooki) i praw zależnych (np. prawa do tłumaczeń i ekranizacji). Przykładowo, może to być termin pięciu lat od pierwszego upublicznienia książki, albo jeszcze lepiej: konkretny dzień-miesiąc-rok. Takie postawienie sprawy zapobiega opierdalactwu i wiecznemu przesuwaniu premiery ze strony wydawcy.

Nie zgadzaj się na żadne zapisy typu „licencja wygasa, gdy nakład książki zostanie wyczerpany”, albo jakiekolwiek inne niedookreślone gówno. W sytuacji, kiedy dodruk można zrobić z tygodnia na tydzień, nakład może się nigdy nie wyczerpać. Zresztą, czy w erze e-booków nakład może się w ogóle wyczerpać? DATA, DATA, DATA! Albo lata. Nic innego. Jeżeli twoja książka okaże się hitem, będziesz mógł potem wydać ją ponownie sam i porządnie zarobić.

  1. Umowa bez zapisów o zakazie konkurencji.

Żadnego syfu typu „autor zobowiązuje się nie publikować dzieł literackich u innych podmiotów przez okres trwania umowy”. Żadnych zapisów, próbujących zmiękczyć, perfumować lub pudrować to zabójcze skurwysyństwo, np. zakazujących tylko „dzieł w tym samym gatunku literackim”, czy coś w tym stylu. Kto miałby weryfikować, czy już złamałeś zapis, czy nie? Chyba tylko sąd. W międzyczasie jesteś – a jakże – zablokowany.

Wolność w zakresie wydawania dzieł to dla ciebie tlen. Popatrz na Remigiusza Mroza – skubany jest tak płodny, że współpracuje z kilkoma wydawnictwami i ma się świetnie. Gdyby miał w którejkolwiek umowie wpisany zakaz konkurencji, przymierałby głodem albo wrócił do praktykowania prawa.

  1. Precyzyjne i symetryczne warunki odstąpienia od umowy.

Zasada jest prosta: jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom. Pisarze popełniają tu koszmarny grzech zaniechania, bo zakładają, że wszystko pójdzie dobrze. Gdyby tak miało być, kontrakty były by niepotrzebne.

W ogóle, negocjując cokolwiek, zakładaj, że ta miła osoba po drugiej stronie stołu, której tak podoba się twoja książka, od której bije taka miłość do literatury, rozsądek i wyczucie, która obiecuje cudowną okładkę i promocję na cztery fajerki… zakładaj, że po podpisaniu umowy ta osoba straci pracę, a zastąpi ją diabeł wcielony, liczykrupa i skurwysyn, który bez mrugnięcia okiem wykorzysta każdą lukę w kontrakcie, żeby cię ujebać. Tak się nastawiaj, bo choć rzadko, to mimo wszystko takie rzeczy się zdarzają. Oby nie tobie. Żeby było jasne: nie chodzi o to, by być niegrzecznym lub konfrontacyjnym. Po prostu z uśmiechem na twarzy dbaj o swoje interesy.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Zdjęcie: www.kellermedia.com