Piąta, ostatnia zasada biznesowa Roberta Heinleina oznacza, że masz nie poddawać się kiedy twoje teksty będą odrzucane. Nigdy. Zaszedłeś tak daleko, by teraz podkulić ogon po kilku niepowodzeniach? Nawet nie żartuj! Wiekszość obecnych klasyków odbijała się od drzwi wydawców kilkanaście lub kilkadziesiąt razy. Dowodzi to nie tylko, że upór popłaca, ale i tego, że wydawcy tak naprawdę nie mają nosa i mylą się częściej niż mają rację.

To samo z opowiadaniami: wysyłaj je, aż skończą ci się miejsca do publikacji. Niestety, na polskim bieda-rynku jest ich jak na lekarstwo, a te, co płacą można policzyć na palcach jednej ręki pracownika tartaku. Ziny prowadzone przez amatorów potrafią wkurwić brakiem kontaktu (mimo ich deklaracji, że odpisują na wszystkie zgłoszenia) lub kosmicznym czasem oczekiwania na ocenę, do tego stopnia, że czasem lepiej wrzucić tekst od razu na własną stronę: więcej osób może go przeczytać w międzyczasie.

Mimo wszystko warto się dobijać, przynajmniej na początku pisarskiej drogi, choćby po to, by zbierać punkty do pisarskiego CV: czytelnicy patrzą i widzą: publikował tu, tu i tu, wygrał konkurs tu i tam (o pietruszkę, ale cóż), tu zgarnął jakąś nagrodę – znaczy, że koleś nie wypadł sroce spod ogona i może warto go obczaić.

W przypadku form cyfrowych, piąta zasada oznacza po prostu „wystaw dzieło na sprzedaż wszędzie, gdzie tylko możliwe i NIE USUWAJ GO”. Ostatnia część tego zdania jest bardzo ważna, gdyż domorośli wydawcy, zniechęceni niemrawymi statystykami ściągnięć lub sprzedaży, zaczynają kombinować: a to z ceną, a to z okładką, aż w końcu dochodzą do wniosku, że widocznie dzieło jest słabe i lepiej je zdjąć. Głupota. Zostaw je w spokoju i pisz następne i następne i następne. Jak twoja kula śniegowa ma rosnąć, skoro zgarniasz jej śnieg z drogi?

Podsumowanie pięciu zasad biznesowych Roberta Heinleina:

Nie zestarzały się zupełnie. Zwróćcie uwagę, że nie ma w nich ani słowa o promocji, marketingu czy innych takich. Większość indie publisherów, którzy odnieśli sukces, praktycznie nie ogarniała internetów, może poza rachitycznym blogiem i kulawym fanpejdżem na FB. Ich jedynym marketingiem były rekomendacje zadowolonych czytelników.

Czym więc różnią się od całej masy innych, którym się nie udaje?

Po pierwsze: są zajebiści. Oho, już czuję reakcję… proszę mi tu nie sarkać na „50 Twarzy Greya”, są różne kryteria zajebistości. Ambitni się, kurwa, znaleźli 😉

Po drugie: powtarzają wszystkie pięć zasad do wyrzygania. Jeżeli jesteś naprawdę dobry, piszesz dużo, dokładasz ziarnko do ziarnka, nie pozwalając o sobie zapomnieć, to baza wiernych czytelników będzie rosła. Nie ma innej opcji. Nie potrzebujesz żadnej listy bestsellerów. Zdecydowana wiekszość zawodowych indie publisherów nie osiąga wielkich wyników sprzedażowych w przeliczeniu na tytuł, ale dzięki dużemu dorobkowi literackiemu osiągnęli masę krytyczną, która wystarcza do przejścia na zawodostwo.

Aby żyć w Polsce z pisania na poziomie średniej krajowej (4101,36 zł brutto) wystarczy sprzedać niezależnie ok. 2300 książek rocznie. 192 miesięcznie. Jeżeli rozbujasz swoją kulę śniegową do dziesięciu książek napisanych w ciągu pięciu lat, to wystarczy że sprzedasz 19 sztuk każdego tytułu w miesiącu. Dla pisarza z dobrą reputacją, przy dziesiątej książce powinno być to, moim zdaniem, nie tylko wykonalne, ale wręcz traktowane jako bardzo ostrożne założenie. Górnej granicy nie ma.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Rysunek: Wikipedia