Czwarta zasada biznesowa Roberta Heinleina oznacza, że gotowe dzieło masz wysłać do wydawców, albo wydać samemu. Prossste.

Czasem jednak, pisarze z gotowym i jeszcze ciepłym tekstem wahają się. „Co jeżeli tekst jest słaby? Dla recenzentów w tym wydawnictwie będę już skreślony! Kiedy w przyszłości będę chciał wysłać im coś naprawdę dobrego (w domyśle: to, co mam, nie jest dobre), to nawet nie spojrzą, tylko od razu wywalą do kosza! Moja kariera legnie w gruzach! AAAARRRGH! (panika) Eee… lepiej jeżeli włożę tę książkę do szuflady, popracuję trochę nad warsztatem i wyślę im następną. Jeżeli będzie wystarczająco dobra…„.

To dość rzadka przypadłość, niemniej jednak występuje. Można tylko westchnąć i pokiwać głową na taką mieszankę kompleksów z jednej strony i egocentryzmu z drugiej.

Naprawdę myślisz, że jakikolwiek recenzent pamięta kiepskie teksty i nazwiska ich autorów? No tak, innych nie, ale CIEBIE przecież pamięta na pewno (mrug mrug) 😉 Zaufaj, przez biurka recenzentów przewalają się setki tekstów tak beznadziejnych, że sam byś się złapał za głowę, więc recenzenci wypychają je z pamięci. Mało tego, czasem nie pamiętają tekstów które ZAAKCEPTOWALI kilka tygodni temu, a co dopiero szrot, który muszą odsiewać. Jeżeli twój tekst jest słaby, zniknie ze świadomości recenzenta sekundę po tym, jak wyląduje w koszu (zwykle po maksymalnie kilku stronach lektury).

Teraz podszyty kompleksami egocentryk wpada w histerię. „Odrzucili mój tekst więc jestem beznadziejny! Uaaaaaaa!

Zdradzę teraz ściśle tajny sekret wszystkich wydawnictw 😉 Recenzenci nie mają żadnej tajemnej wiedzy. Czytając propozycje kierują się swoim gustem, dokładnie tak samo jak ty, kiedy przeglądasz książki w księgarni. To tylko jeden człowiek i jego opinia, tak samo wartościowa jak twoja. Fakt, że tekst mu nie podszedł, nic nie znaczy, innemu recenzentowi może się spodobać.

W większych wydawnictwach jest jeszcze gorzej: gust recenzenta jest służebny wobec wytycznych wydawniczych, które podyktował marketing i sprzedażowcy. Twoja książka może się nawet spodobać recenzentowi, ale nie pasuje do planów lub profilu wydawniczego. Mogłeś po prostu wysłać tekst pod zły adres. Robiłeś rozeznanie, które wydawnictwa wydają książki podobne do twojej? Tak myślałem.

A teraz szok. W wielkich amerykańskich wydawnictwach, korporacjach dużo większych niż wszystkie polskie wydawnictwa razem wzięte, czasem bywa tak, że książka jest zaakceptowana i ukazuje się na rynku, mimo że w wydawnictwie NIKT (!) jej nie przeczytał (poza redaktorem, rzecz jasna, ale to już dawno po zaakceptowaniu tekstu). Korporacje mają swoje zobowiązania: wypuszczają po kilkanaście/dziesiąt książek miesięcznie i tempo przemiału musi być zachowane. Recenzent ma przed sobą tysiące propozycji. Przeskakuje po łebkach, czyta najczęściej streszczenie, początek i koniec. Pasuje? Pasuje. Bach na taśmę. Dział sprzedaży na spotkaniu analizuje zwykle samo streszczenie. Pasuje? Bach, akceptujemy. Kreacja to samo: robi lub zleca okładkę, bach. Marketing pisze blurba. Poszło.

To brzmi strasznie, wiem. Przeczytałem to dawno temu na blogu kolesia, który przez wiele lat był edytorem w dużym wydawnictwie w Stanach, niestety nie pamiętam nazwy tego bloga, musiałbym poszperać. Niemniej jednak, lektura jego posta wyrwała mnie z trzewików. To by było na tyle, jeżeli chodzi o prawdziwość stwierdzenia, że wydanie książki przez duże wydawnictwo oznacza walidację, potwierdzenie umiejętności czy certyfikat jakości.

Podsumowując: trzymanie gotowych dzieł w szufladzie z powodu irracjonalnych lęków jest głupie. Masz gotowy, czysty manuskrypt? Wysyłaj do wydawców, albo (domyślnie) wydaj samemu. Nie masz absolutnie nic do stracenia.

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Obrazek: www.devianart.net