Trzecia zasada biznesowa Roberta Heinleina oznacza, że masz powstrzymywać się od przepisywania własnej pracy. Pisz jeden, jedyny draft, najlepiej jak tylko potrafisz. Nie „ulepszaj” go, bo efekt jest dokładnie odwrotny.

Dla porządku:

– poprawianie błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych to nie przepisywanie

– wyłapywanie błędów logicznych lub niekonsekwencji w detalach to nie przepisywanie

Czym jest przepisywanie? Wszystkim, co robisz, gdy twój krytyczny głos podpowiada: „muszę ulepszyć ten tekst, bo nie jest wystarczająco dobry”.

Kiedy piszesz w kreatywnym transie, osiągasz najlepszy możliwy rezultat. Przepisując, używasz krytycznego głosu i rujnujesz wszystko fajne, co udało ci się stworzyć. Krytyczny głos mówi ci, że to, co napisałeś jest do dupy i musisz pozmieniać tekst tak, by dopasować go do wszystkich zasad, jakie latami wpajała ci Pani od Polskiego. Przy okazji usuwasz wszystko, co sprawia, że tekst jest charakterystyczny.

Usuwasz swój unikalny styl.

Oczywiście nie dostrzegasz tego. Pisarze są najgorszymi sędziami swojej własnej pracy. Nie widzimy własnego stylu, bo mamy z nim do czynienia 24 godziny na dobę, więc jest dla nas jak druga skóra. Tak jak wydaje się nam, że znamy swój głos, bo słyszymy go całe życie, ale kiedy nagramy go i odsłuchamy, zawsze towarzyszy temu lekki szok. Podobnie jest ze stylem pisania. Niestety pisarze nie mają możliwości go nagrać, wyodrębnić i ocenić. Muszą mu zaufać.

Te wszystkie, twoim zdaniem, „nudne fragmenty”, „dziwnie skonstruowane zdania”, „porównania z dupy” i „koślawe dialogi” to może być właśnie TWÓJ GŁOS, który wybrzmiał, gdy pisałeś w kreatywnym transie! Niepodrabialny, ciekawy, wyróżniający spośród wszystkich innych pisarzy. Kiedy przepisujesz, wydaje ci się, że jeżeli nowa wersja będzie bardziej czytelna, wszystko będzie ładnie stylistycznie poukładane i poprawne gramatycznie, to tekst będzie lepszy. Wprost przeciwnie. Będzie wtedy dokładnie taki sam jak tysiące innych tekstów, które spływają do wydawnictw i z tego właśnie powodu na 99 procent zostanie odrzucony.

Kiedy czytasz książkę dla przyjemności, czytasz ciurkiem, łapiesz klimat, kontekst i styl, ale podświadomie. Nie rozkminiasz przecież, czy wszystko jest od linijki! No, chyba że jesteś zjebanym krytykantem, który czyta po to, żeby się do czegoś przyczepić, ale takich czytelników należy olać, bo i tak nic ich nie zadowoli 😉

Analogicznie, będąc w kreatywnym transie, PISZESZ ciurkiem i tworzysz klimat, kontekst i styl, także podświadomie. Wracając do tekstu i „ulepszając” go, nie patrzysz całościowo, tylko zdanie po zdaniu. To, co wydaje ci się „lepszą wersją”, dla czytelnika będzie drętwe, nieciekawe przy płynnym czytaniu.

Pierwszy draft jest jak skała: kanciasty, z ostrymi krawędziami, niesymetryczny, ale dzięki temu piękny. Kiedy patrzysz na skałę pod innym kątem, zawsze wydaje ci się ciekawa. Tekst „ulepszony” jest wypolerowany jak rzeczne otoczaki. Zachwycał się ktoś z was kiedyś otoczakami…?

Inna sprawa, że chęć „ulepszania” tekstu sugeruje, jakoby pierwsza wersja była zła. Czyli co: pisałeś ją na odpierdol? Myślałeś sobie: „aby tylko skończyć, mieć to za sobą, bo później poprawię”? Co to ma być za podejście???

Zasady Heinleina powstały w okresie, kiedy kwitła tzw. „pulp fiction”. Na rynku istniała masa czasopism, które płaciły od słowa, a konkurencja wśród pisarzy była ogromna. Przepisywanie prac nie wchodziło w grę: trzeba było dostarczyć najlepszą jakość za pierwszym podejściem. Za przepisywanie nikt nie płacił.

Moim zdaniem tak właśnie powinno być: zrobić co w twojej mocy, pisząc pierwszy draft, skończyć go, a potem, na litość boską, WYPUŚCIĆ!!! Zresztą, przepisywanie napisanej historii to żadna frajda. Frajda to pisanie następnej historii.

Zapamiętaj: JESTEŚ NAJGORSZYM SĘDZIĄ SWOJEJ WŁASNEJ PRACY. Redakcję powinien robić ktoś inny.

Właśnie. Redaktorzy. Zasada głosi „nie przepisuj, chyba że ZGADZASZ SIĘ z poprawkami redaktora”, a nie zawsze tak musi być. Niestety, pisarze z niskim poczuciem własnej wartości, lub nie do końca świadomi swojego stylu, podchodzą do relacji z redaktorem na kolanach i łykają wszystkie poprawki, jakie ten im narzuci. Błąd.

Redaktor musi, jak to mówi młodzież, „czaić klimat”, „kumać twój przelot” 😛 Innymi słowy – widzieć twój styl i rozumieć go, a najlepiej lubić. W przeciwnym razie porżnie twój tekst na drobne kawałki i będzie próbował nagiąć go pod styl, jaki się JEMU podoba. Zrujnuje twoją książkę.

Zdarza się to dużo częściej niż powinno. Konflikt z redaktorem potrafi tak zakwasić pod innymi względami dobrą współpracę z wydawcą, że może doprowadzić do przesunięcia bądź wstrzymania premiery książki, a nawet do rozwiązania umowy. Niestety, z reguły wydawcy z góry przyporządkowują redaktorów do pisarzy i ich elastyczność w tym zakresie jest ograniczona, bo zmiany redaktorów kosztują.

Wydawanie własnym sumptem jest o tyle lepsze, że to TY wybierasz sobie redaktora. Wysyłasz fragment tekstu do wielu osób i po efektach widzisz, kto odnosi się z szacunkiem do twojego stylu i po prostu „oczyszcza” manuskrypt z merytorycznych błędów. Taki redaktor to skarb i trzeba o niego dbać.

Trzecia zasada biznesowa Roberta Heinleina odsiewa pisarzy z niską pewnością siebie, którzy nie ufają swojemu stylowi. Nie bądź jednym z nich, puść twórcze hamulce i leć. Flieeeeg Malysz, flieeeeg! 😀

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

join-me-on-facebook-small

 

Zdjęcie: www.masculinebooks.com