Eksperyment Indie ma, w założeniu, trwać pięć lat. W jego trakcie mam napisać i wydać piętnaście książek. Pisanie to dla mnie frajda, ale żeby mi się udało, frajdę muszę osiodłać w rygor. Utrzymać tempo pisania na poziomie 4000 słów tygodniowo, czyli 800 słów przez pięć dni w tygodniu. Być konsekwentnym i zdyscyplinowanym.

No właśnie. Tu się pojawia problem, bo nigdy nie byłem konsekwentny ani zdyscyplinowany. Kiedy wpadałem na jakiś pomysł, zapalałem się do niego jak fosfor i wypalałem równie szybko. A tu nagle wyskakuję z jakimś planem pięcioletnim, który, jak na moja leniwą dupę, jest mega ambitny. Nie tylko trzeba napisać te wszystkie książki, ale ogarnąć ich wydanie, promocję i sprzedaż. I tak piętnaście razy.

Minęło półtora miesiąca eksperymentu (piszę to drugiego marca). I co? Niestety, wewnętrzny opierdalacz nie odpuszcza.

Prowadzę tabelę, w którą wpisuję dzienny urobek: liczbę napisanych słów. Okazuje się, że dobicie do tych ośmiuset jest trudniejsze, niż mi się wydawało. Pisanie fantastyki to tworzenie światów, więc połowę czasu zajmuje mi myślenie nad tym, jak to wszystko ma wyglądać. Najgorsze jest jednak to, że w tabeli straszy duża liczba ZER, czyli dni, w których nie napisałem NIC.

Mechanizm działania opierdalacza jest prosty. Wszystko, co ma jakąkolwiek długotrwałą wartość, wymaga cierpliwości. Żeby zobaczyć plon, trzeba zasuwać na polu cały rok. Tymczasem opierdalacz musi mieć gratyfikację JUŻ, jakakolwiek by ona nie była. Dlatego każdy pretekst był dobry, by odłożyć pisanie. Gala bokserska w TV, piwerko, spotkania ze znajomymi, Facebook, gry, cokolwiek.

Ostatnio spojrzałem sobie krytycznie na tę tabelę i stwierdziłem: „Leszek, co ty odpierdalasz? Jeżeli tak to ma wyglądać, to daj sobie spokój, bo szkoda twojego czasu”.

Oduczenie lenia lenistwa to długotrwały proces i chyba nie doceniłem tego, jak głęboko opierdalactwo jest we mnie zakorzenione. Stworzyłem sobie cel nadrzędny i cel dzienny, ale żadnych celów pośrednich. Dlatego zrobię to teraz.

W 2017 w ogóle nie będę myślał o wydawaniu książek, bo to jakby indyk myślał o niedzieli. Pierwszy rok, z pięciu lat eksperymentu, musi być rokiem dyscypliny. Pisanie musi wejść mi w krew tak samo, jak w krew weszło mi opierdalactwo. Tylko na tym powinienem się teraz skupić.

Z pisaniem jest jak z bieganiem czy siłownią: na początku, kiedy robisz to regularnie, musisz świadomie myśleć o tym, by nie przegapić treningu, albo by nie odpuszczać w połowie zakładanego dystansu. Z czasem jednak, tak przyzwyczajasz się do endorfin, że nie wyobrażasz sobie bez tego dnia. To jest mój cel na rok 2017: stworzyć z pisania nawyk, bez którego nie będę mógł żyć. Kiedy to się uda, reszta pójdzie z górki.

Jak mam zamiar to osiągnąć? O tym następnym razem 🙂

Leszek Bigos ztj. Wkurzony Pisarz

 

Zdjęcie: lordsofthedrinks.wordpress.com